• Wpisów:324
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis:354 dni temu
  • Licznik odwiedzin:30 688 / 1694 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
To uczucie gdy jest się nominowanym do Oskara XD
https://www.wattpad.com/296661328-wattpadowe-oscary-najlepszy-horror

http://b4.pinger.pl/6a5c599e9bf5484d76632647b30578be/watt.png

Kochani, pierwszy i ostatni raz się o to do was zwracam, ale kto byłby chętny to proszę o głosowanie na numerek 6
 

 

- I co było dalej?

Zygmunt zaśmiał się, widząc świecące się z ekscytacji oczy Gilberta.

- Widzisz chłopcze, czasem nie wystarczy silna wola, aby wygrać trzeba sięgnąć po nieczyste środki. Wiedźma bez litości zabiła wszystkich buntowników. Spopieliła ich żywcem tym samym kończąc dobre czasy Sagary. Mówiono, że rozwścieczona rzuciła klątwę. Na wyspie zapanował strach, z każdym dniem znikali mieszkańcy. Okolicę spowiła gęsta mgła, a niegdyś wspaniały szlak handlowy przestał istnieć. Wiedźmy ze swoim małżonkiem nie widział nikt, od pamiętnej nocy. Skryli się w zamku, a po wyspie chodziły plotki, że pan Sagary został opętany przez szatana. Jego skóra stała się niebieska, a on sam postradał zmysły. Chodzą słuchy, że szaleństwo i chęć powrotu do normalności nie dawały mu spokoju. Chłopcze, wiesz czym odstrasza się złe duchy i przełamuje złe zaklęcia?

Gilbert pokręcił głową, nie mogąc oderwać wzroku od szerzącego się upiornie mężczyzny.

- Woda święcona nie raz ratowała ludzi przed szatańskimi czarami. Pan wyspy postanowił spróbować tego. Bo w końcu, to była jedynie zwykła woda. Pewnej nocy podczas kolacji podmienił kielichy. Nie spodziewał się tego, co się potem stało... - Nachylił się do chłopca i spojrzał mu prosto w oczy. - Wiedźma wypiwszy z niego, zaczęła się dusić. Jej gardło zaczęło się topić. Wiecie, co wiedźma miała w środku? Srebro. Nawet jej serce było z tego metalu. Spodziewano się, że klątwa ustąpi, jednak ani mgła, ani wygląd pana wyspy się nie zmienił. Ze zgryzoty skoczył z klifu, zmieniając się w krwiożerczą bestie, atakującą statki w okolicy, a srebrniki z żalu za swoją panią atakują mieszkańców, pożerając ich żywcem.

Zapadła głucha cisza, nawet nie dało się usłyszeć skwierczenia ognia, czy ich oddechów.

- Bujdy pleciesz. Wiedźmy, bestie, klątwy. - Kapitan machnął lekceważąco dłonią. - Kto by w to uwierzył, a końcówka to już się całkowicie kupy nie trzyma.

Zygmunt zmierzył go czujnym spojrzeniem i roześmiał się wniebogłosy, przełamując ciężką atmosferę.

- Widać, że swój chłop z pana, panie Stanisławie, to jedynie bajeczka dla dzieci. Statki rozbijają się o rafę, a rozbitkowie pożerani są przez okoliczne rekiny, których w tych stronach nie mało. Prawda to, że kiedyś tu baba wyspą rządziła, ale z powodów oczywistych nie mogło to trwać długo.

- A mieszkańcy?

- Chłopcze, kto chciałby żyć na wyspie wiecznie spowitej mgłą, gdzie nic nie chce rosnąć i jedynie góry i klify są. Jedynie starzy zostają, a kto tylko ma okazję to, czym prędzej płynie w świat na lepszą ziemię. Do tego trzy zimy temu mieliśmy wstrętną plagę. Gorączka zabrała połowę mieszkańców, głównie kobiety i dzieci. To była tragedia! Może i wyspa jest przeklęta, ale nikt jeszcze nie widział nadprzyrodzonych stworów ze srebra, czy innych dziwactw... no może poza Edwardem... Gada czasem sam do siebie, ale to starość, my też w jego wieku tacy będziemy, nieprawdaż panie Stanisławie?

- Oj tak, kiedyś też znałem takiego jednego...

Gilbert nie zamierzał poświęcać uwagi wywodom kapitana, przeprosił więc wszystkich obecnych i wyszedł na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza. Serce biło mu szybciej od chwili, gdy usłyszał o lamparcie ze srebra. To z pewnością był stwór z jego snu, jednak jakim cudem mógłby o nim śnić, zanim się dowiedział o jego rzekomym istnieniu? Może to była podświadomość? A może... może to jednak prawda?

Słońce powoli znikało na horyzoncie, zabierając resztki ledwie przebijających się przez mgłę promieni słonecznych. Gilbert otulił się ramionami, by odegnać nieprzyjemny chłód. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby nie wrócić do ciepłej kuchni, jednak ostatecznie postanowił pójść do swojego pokoju. Miał wiele rzeczy do przemyślenia, a towarzystwo, nie sprzyjało rozwiązywaniu zagadek.

Powoli szedł zamkowym korytarzem, wyobrażając sobie kobietę z opowieści. Nie mógł pojąć, czym sobie zasłużyła na taki los. Fascynowała go, spojrzał w jedno z otaczających go luster. Przyglądał się sobie przez chwilę, po czym ruszył dalej, całkiem nieświadomy, że jego odbicie kroczy własnym rytmem i potajemnie się uśmiecha.

_____________________________

Jak widać wróciliśmy do naszej wesołej kompanii. Mam szczerą nadzieję, że nie pogubiliście się jeszcze
 

 


Na dziedzińcu zapadła głucha cisza, jedynie skwierczące pochodnie rozmywały zbierającą się nad zamkiem mgłę. Czas jakby zamarł w oczekiwaniu na ruch którejś ze stron. Przyglądał się podejrzliwie, czytając myśli wiedźmy. Pomimo zewnętrznego spokoju w środku na powrót czuła się martwa. Uczucie, które nękało ją od dnia narodzin, rosło na sile, a kolejny czar znów pokruszył jej cienką warstwę człowieczeństwa. Zdrada własnego męża, a później i ludu pogłębiała pęknięcia. Myślała, że gdy nadejdzie ten dzień, będzie gotowa. Jakże się myliła. Czekała, aż buntownicy zabiorą głos. Jednak ci milczeli. Westchnęła.

- Kto jest waszym przywódcą? - zapytała, a tłum rozstąpił się, ukazując młodego mężczyznę, o nienaturalnie bladej karnacji i wychudzonym ciele.

- Ja nim jestem.

- W takim razie czemuż nachodzicie mój dom? Jakim prawem grozicie waszej pani?

- My - zaczął, ale wiedźma nie dała mu skończyć.

- Podaj mi powód, by was wysłuchać. Czyż nie macie swych przedstawicieli, do których mieliście zgłaszać swe skargi? Nie uznałam jeszcze waszego zgromadzenia za bunt, pomimo gróźb i oręża, z którym stoicie przede mną o tej późnej porze. Chcę wpierw poznać przyczynę, zanim zdecyduję jaką karę na was nałożyć za niesubordynację.

Mężczyzna zaśmiał się, po czym rozłożył ręce i pokazał na stojący za nim tłum.

- Wybacz pani - zaczął z wyraźnym sarkazmem - ale tym razem to my dyktujemy warunki.

Buntownicy jak na zawołanie pokiwali głowami i okrzykami poparli swojego przywódcę. Nastrój w jednej chwili uległ zmianie, w ich oczach na powrót pojawiła się determinacja i żądza odwetu. Wiedźma westchnęła cicho. Naprawdę ciężko jej było zrozumieć ludzi.

- Masz opuścić wyspę, a darujemy ci życie.

- Życie? - zachichotała, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. - Nie wiesz, o czym mówisz. Jak cię zwą?

- Leonard.

- Leonardzie znasz sekret tej wyspy? Wiesz czemu pochylam się nad istotami tak zgniłymi i niewdzięcznymi, jakimi są ludzie?

Mężczyzna cofnął się o krok, gdy wiedźma uniosła dłonie do swojej twarzy. Księżyc całkowicie schował się za chmurami, a mgła wydawała się krążyć nad nimi niczym bestia gotowa wszystkich pożreć.

- Gdyby to ode mnie zależało, to już dawno wykorzeniłabym stąd wszystkie chwasty. Jednak mój dom potrzebuje waszej obecności, moje srebrniki potrzebują waszego mięsa, a ja... - materiał upadł na ziemię, ukazując sinoniebieską skórę na skroniach. Czerwień rubinów przypominała zaschniętą krew. Czarne oczy błyszczały drobinami srebra, jakby były rozgwieżdżonym niebem. Kobieta sięgnęła do swojej sukni i rozchyliła ją lekko, ukazując nagą szyję, pełną czarnych pęknięć. – Ja potrzebuję waszego strachu.

Dzwonki w jej włosach zadzwoniły poruszone przez wiatr, a szramy na jej ciele zaczęły się rozprzestrzeniać.

- Na wasze nieszczęście nie potrzebuję was aż tak wielu.

Trzepot skrzydeł rozniósł się nad ich głowami. Z mgły wyłoniły się metalowe motyle, połyskujące w blasku pochodni. Jeden z nich zniżył swój lot i wpadł prosto w płomień. Ogień natychmiast zmienił kolor na turkus, po czym wybuchł, trawiąc żywcem mężczyznę trzymającego pochodnie. Jego skóra topiła się od wysokiej temperatury niczym wosk. Powoli spływając odsłaniała mięśnie, a krew czerniała od błękitnego płomienia i obracała się w proch. Owady jeden po drugim dopadały swoje ofiary. W jednej chwili dziedziniec rozświetlił niebieski blask. Agonalne krzyki rozniosły się po całej Sagarze, mrożąc krew wszystkim żywym istotom.

Pęknięcia na skórze wiedźmy objęły także twarz. W bezruchu słuchała wrzasków palonych żywcem mieszkańców. Jej niewidomy wzrok zwrócił się ku sparaliżowanej ze strachu Nikoli. Przerażona wpatrywała się w bestię przed sobą, przyciskając do serca obie pięści.

- Zapamiętaj to jako przestrogę dla reszty mieszkańców i powiedz, że wierni swej pani nigdy nie będą musieli się czegokolwiek lękać. - Poczuła lodowatą dłoń na policzku, ale nie miała odwagi nawet drgnąć. Patrzyła jedynie w pozbawione wyrazu oczu, które łudząco w tej chwili przywodziły jej na myśl lustra.- Dziękuję za twą pomoc.

Kobieta zabrała z jej twarzy dłoń i ruszyła w stronę zamku. Nikola patrzyła na plecy wiedźmy, gdy ta kierowała się z powrotem do komnat. Powinna teraz wbić jej nóż w plecy, ale strach był znacznie od niej silniejszy. Drżała na całym ciele, nie mogąc nawet sięgnąć po broń. W uszach słyszała jej słowa niczym wciąż powracające echo. W oczach stanęły jej łzy. Czuła się podle czując ulgę, że przeżyła. Wszystko poszło na nic. Zabiła wszystkich. Spopieliła ich w stosach niebieskiego ognia.

Upadła na kolana i ukryła twarz w dłoniach, gdy na powrót uniosła wzrok, jej serce zamarło. W drzwiach zamku stał on. Wiktor, małżonek wiedźmy i miłość jej życia.

________________

W pierwszym założeniu miało być inaczej, ale burza mnie natchnęła i znalazłam wyjście z sytuacji Kto się tego spodziewał?
 

 

- Zapalcie swoje pochodnie! Niech ogień uwolni tę wyspę od pomiotu szatana! Zbyt długo pozwalaliśmy wiedźmie bawić się naszym kosztem!

- Spalić ją! Na stos wiedźmę! - zawtórowali mu zebrani, unosząc na znak zgody ręce w stronę zamku.

Stojąca w cieniu samozwańczego przywódcy Nikola, z uśmiechem patrzyła, jak ogień rozprzestrzenia się nad tłumem uzbrojonych mieszkańców. Przywodzili jej na myśl armię demonów zdolną do kontroli płomieni, a któż byłby bardziej odpowiedni do pokonania samego szatana? Któż inny pomoże jej tkać nićmi wydarzeń, jej własną, wymarzoną przyszłość? Bez nich była bezsilna. Wiele razy przez te dziesięć lat była o krok od zatrucia posiłku wiedźmy, jednak za każdym razem paraliżował ją lęk. Strach, że posiłek trafi do nieodpowiedniej osoby, a gdyby on umarł, nigdy by sobie tego nie darowała. Nie mogła wybaczyć starych i nowych krzywd. Tak więc z czasem uwiła całkiem inną intrygę.

Dawno zasiane ziarna wreszcie zaczęły wypuszczać plony, a ona nie mogła uwierzyć, że teoretycznie najtrudniejsza część całego planu, była tak zaskakująco prosta. Przemytnicy opium spadli jej jak z nieba. Obcy handlarze niejednokrotnie dopuszczali się oszustw i kradzieży, tym samym szczerbiąc wizerunek władczyni w głowach mieszkańców. Jednak to nielegalne „leki" mające rozwiązywać wszystkie problemy zaczęły niszczyć dobrobyt na Sagarze. Uzależnionych od opium przybywało z dnia na dzień, a dekret całkowitego zakazu handlu narkotykami i wprowadzenie kontroli przybywających na wyspę handlarzy, zamiast uspokoić sytuację jedynie ją pogorszył. Brak opium doprowadzał ludzi do obłędu. Byli gotowi zrobić wszystko by znów odpłynąć do świata nałogu... Ludzie szukali kozła ofiarnego.

Nikola zamierzała im go dać.

Wystarczyło kilka spostrzeżeń, parę słów skierowanych przeciw władzy i bunt był nie do zatrzymania. Skoro wiedźma nie potrafiła utrzymać dobrobytu, to nie zasługiwała na władzę. Nie była godna jego...

Posmutniała na wspomnienie pustej sypialni, dzisiejszego poranka. Na co w ogóle liczyła? Przecież nie mogli być razem, a przynajmniej do chwili, gdy ten szatan żył. Zacisnęła w dłoni szklany flakonik. Dzisiaj spłonie. Ona już o to zadba, a potem będą tylko we dwoje. W końcu to ona pierwsza go znalazła. To ona powinna być jego żoną.

Ruszyła.

~*~

Po zamku niósł się odgłos butów uderzających o marmurową posadzkę. Kobieta biegła, a jej przyspieszony oddech brzmiał nienaturalnie w wielkim wypełnionym lustrami korytarzu. Dopadła sypialni swoich władców i zamarła. Drzwi były w ruinie, a na podłodze za łóżkiem siedziała wiedźma, lekko się kołysząc, szeptała cicho melodyjnym głosem.

- Zapadnij w oczyszczenia sen.

- Pani, musisz uciekać! To bunt! Oni gro... - zamilkła, gdy dostrzegła, co wiedźma trzyma w ramionach.

- Zapomnij popełniony grzech - zaśpiewała cicho, nie zważywszy na obecność kobiety.

Źrenice Nikoli rozszerzyły się, a w oczach poczuła łzy. Wiedźma tuliła do siebie sinoniebieskie ciało męża. Cofnęła się o krok, dławiąc płacz. To nie mogła być prawda...

-Niech miłość uleczy umysł twój.

Zabiła go... zabiła... przeklęta. Zagryzła wargę, próbując powstrzymać szloch. Jedyne czego w tej chwili pragnęła to poderznąć wiedźmie gardło, jednak spalenie żywcem mimo wszystko wydało jej się o wiele lepszą formą zemsty. Przełknęła chęć mordu i wróciła do swojej gry niczym znakomity aktor. Jedynie w jej oczach czaiło się szaleństwo.

- Ja za ciebie poniosę winy zwój.

- Pani... oni chcą spalić cały zamek!

Wiedźma pogłaskała męża po policzku, po czym wpięła we włosy materiał, który niczym kotara odgrodził ją od świata.

- Śpij kochany, za chwilę do ciebie wrócę. - Położyła jego głowę na ziemi - Oceanie zadbaj o jego bezpieczeństwo, a ty prowadź mnie do nich.

Kot niechętnie położył się koło nieprzytomnego mężczyzny i patrzył, jak jego pani wychodzi za służką.

~*~

Nikola spodziewała się, że dumna pani wyspy będzie na tyle pewna siebie, że zaniecha ucieczki i będzie chciała stawić czoła oprawcom. Do tego jedyne zagrożenie z jej strony zostało właśnie daleko z tyłu. W tej chwili nie było niczego, co mogłoby uratować wiedźmę. Sama podpisała na siebie wyrok.

Wyszły na dziedziniec, gdzie stali buntownicy. Pochodnie oświetlały ich żądne mordu twarze, jednak żaden z nich nie śmiał jako pierwszy wypowiedzieć na głos oskarżeń, gdy obiekt ich nienawiści stanął przed nimi. Wielu widziało ją po raz pierwszy, a jej widok niemal wszystkich wprawił w osłupienie.

Kobieta dumnie stała na podwyższeniu, najwyraźniej nie przejmując się podartą suknią powiewającą lekko na wietrze. Potargane włosy chowały w sobie niegdyś starannie ułożone kwiaty i pióra. Zagubiony dzwonek wisiał koło jej ucha. Pomimo tego z wyższością trzymała głowę ku niebu, gotowa usłyszeć ich skargi. Równie dobrze mogłaby stać w łachmanach, a budziłaby wśród ludu taki sam respekt. W oczach buntowników pojawił się strach i zwątpienie. Bo jakie mieli szansę z wiedźmą? Dopiero teraz do nich dotarło, na co się porwali. Zasłonięta twarz działała na wyobraźnię, bo co jeśli wzrok kobiety potrafił zabijać? Oni nie chcieli się o tym przekonać.

Nikola z odrazą i rozczarowaniem spojrzała na buntowników. Okazali się nieprzydatnymi tchórzami. Myślała, że dłużej się oprą urokowi wiedźmy, ale najwidoczniej przeceniła ich możliwości, ci niemal natychmiast struchleli niczym potulne pieski. Poszukała spojrzeniem przywódcy buntu. Mężczyzna był blady niczym trup. Kobieta zacisnęła w dłoni flakonik i nakazywała sobie spokój. I tak oni nie byli jej już potrzebni. Wykonali swoje zadanie.
 

 
Pamięta ktoś jeszcze Pamiętnik Apokalipsy? Jeśli tak, to zdecydowałam się go odnowić, a tu mam dla was dwa zwiastuny
 

 


Zmienił się, sam wiedział o tym najlepiej. Patrząc na ukochaną czuł mieszankę uczuć, które wyżerały go od środka. Wiedźma od tamtego incydentu nie ruszała się nigdzie bez swojego srebrnika. Kroczył u jej boku jak cień, izolując ją od niebezpieczeństw świata. Na powrót stała się zimna, niedostępna, wręcz pozbawiona emocji. Jego kochana żona po raz pierwszy od dziesięciu lat małżeństwa wydała mu się obcą osobą. Miał wrażenie, że zamek znów opustoszał. Unikała go kiedy tylko mogła, ale nie umknęły jego uwadze dwa srebrne sińce wokół jej nadgarstków, a najgorsze było to, że wiedział kto jej to zrobił. Próbował ją przeprosić. Wytłumaczyć się i obiecać, że nigdy więcej nie przysporzy jej bólu. W końcu kochał ją bezgranicznie. Jednak ona nie chciała z nim rozmawiać. Czasem miał wrażenie, że... zaczęła się go bać.

Cóż za paradoks. Potężna wiedźma Sagary bała się takiego zwykłego człowieka jak on. Było to dla niego nie do pomyślenia. No bo nigdy nie widział, by okazała strach, nigdy nie dostrzegł jej łez. A jednak wtedy w sypialni wyraźnie drżała na całym ciele, a na jej twarzy malował się lęk.

Zasłużyła na to.

Doprowadzało go do szału, gdy widział jak rozmawia z innymi ludźmi, a jego traktuje jak powietrze. Przecież ona jest jego... To z nim powinna spędzać czas... rozmawiać. Niczego nigdy od niej nie chciał. Jedyne czego pragnął to miłość. Czy dziecko nie jest tego dowodem? Czemu go okłamywała? Czy nie powinni być ze sobą szczerzy?

A może... ona nigdy go nie kochała... co jeśli bawiła się nim od samego początku? W końcu była wiedźmą. Istotą niezdolną do łez.

Mętlik w jego głowie narastał, nie potrafił z nią rozmawiać, więc swoje żale wylewał przy alkoholu w towarzystwie Nikoli, która zawsze witała go w swoim domu z otwartymi ramionami. Kobieta radziła mu by tym razem się zawziął. W końcu wina leży po stronie wiedźmy, to ona nie chce spełnić małżeńskiego obowiązku wydania potomstwa na świat.

- Co prawda to prawda, ale z pewnością ma jakiś powód.

Dziewczyna spojrzała na niego z nad kieliszka z winem.

- Jesteś zbyt naiwny. Czy pomyślałeś kiedyś o tym, że ona może się po prostu tobą bawić? Nie patrz tak na mnie, wcale nie żartuje. Ona nie jest człowiekiem, może mieć całkowicie inne wartości niż my.

- I co, niby przez dziesięć lat by mnie zwodziła?

- A czemuż by nie? Ona może przeżyć nas wszystkich. Nie widzisz, że nie zmieniła się ani trochę? Masz już trzydzieści trzy lata. Nie zauważyłeś, że ty się powoli starzejesz, a ona nie?

Twarz mężczyzny stężała.

- Wiedzę, że dotarło to do ciebie. Może się tobą znudziła? Mam wrażenie, że nie chce mieć dzieci, by nie wiązać się z tobą całkowicie.

- Przesadzasz - machnął ręką, wypijając za jednym zamachem kolejny kieliszek wina. Obraz mu się rozmazał jeszcze bardziej, a w głowie mu wirowało.

- Kto wie... może cię nawet zdradza, może nie cieleśnie, ale separując cię od siebie dopuszcza się zdrady - wyszeptała zbliżając się do ledwo trzymającego się na nogach mężczyzny. Ta myśl wstrząsnęła nim, tak, że niemal nie wylądował na ziemi. Przed oczami stanął mu obraz uśmiechniętej żony, jednak zamiast niego podszedł do niej obcy mężczyzna. Objął ją zbereźnie, na co ona jęknęła zachwycona. Oczami wyobraźni widział, jak ukochana zatapia palce we włosach obcego mężczyzny, gdy ten dążył do spełnienia.

Pokręcił załamany głową, by odpędzić diabelskie wizje. Poderwał się z krzesła, ale natychmiast na nim usiadł.

- Spokojnie, przepraszam, nie chciałam cię niepokoić - poczuł, jak jej dłonie wplatają mu się we włosy. Uniósł wzrok i ujrzał twarz ukochanej. Nie zastanawiając się przylgnął do niej i zaczął zaborczo ją całować. Zaskoczona spojrzała mu w zamglone oczy. Serce zabiło jej szybciej. Czekała na to tak długo. Z radością oplotła dłońmi jego szyję i odwzajemniła pocałunek. W jej sercu zrodziła się nadzieja, że mężczyzna w końcu przejrzał na oczy... Nareszcie wybrał ją.

~*~

Następnego dnia obudził się w objęciach Nikoli. Kobieta jeszcze spała, tuląc nagie ciało do cienkiej kołdry. Przerażony zerwał się z łóżka. Wspomnienia upojnej nocy napływały ze wszystkich stron, a on nie mógł uwierzyć w to, co właśnie zrobił. Obwiniał żonę o zdradę, a właśnie sam się jej dopuścił. Pospiesznie się ubrał, po czym wybiegł jak poparzony z miejsca swojej zbrodni, tak jakby opuszczenie sypialni przyjaciółki mogło zmyć popełniony grzech. Biegł na oślep, mając ochotę zrzucić się w otchłań morza. Jednak, gdy zatrzymał się na brzegu klifu, przez obraz własnej zdrady, przedarły się słowa Nikoli.

Załamany usiadł na trawie i zanurzył twarz w dłoniach. Szum morza, pozwalał mu chodź trochę uspokoić myśli.

- Kochanie? - odwrócił się natychmiast w stronę źródła głosu. Przed nim stała zatroskana wiedźma, tym razem była sama. Westchnęła krótko i usiadła obok niego - Stało się coś?

- Nie - odparł szybko.

Zapadła pełna napięcia cisza. Wiedźma nerwowo skubała rękaw swojej sukni. Ostatnimi dniami wiele rozmyślała. Sytuacja na wyspie była coraz gorsza, groził jej bunt z powodu coraz większej liczby uzależnionych i coraz rzadszych dostaw opium. To nie był czas na małżeńskie sprzeczki i tajemnice. Musiała wreszcie mu wyznać prawdę. Jeśli zdecyduje się ją opuścić, to ona zrozumie. W końcu nie może go dłużej trzymać na uwięzi.

- Przepraszam - wyszeptała cicho. - Powinnam była ci powiedzieć od razu, ale bałam się, że mnie nie zrozumiesz.

Milczał, nie był wstanie się choćby ruszyć. Nie miał odwagi nawet na nią spojrzeć, bo bał się, że jeden zły ruch, jedno złe słowo i jego zdrada wyjdzie na jaw, więc siedział w ciszy i pozwalał jej mówić, choć miał ochotę uciec jak najdalej od niej.

Kobieta nabrała powietrza w płuca i wsłuchała się w odgłos rozbijających się fal.

- Ja... - zaczęła próbując znaleźć odpowiednie słowa, nagle jej twarz stężała, skóra przybrała nienaturalnie blady odcień. Rozchylone usta zadrżały.

Ona wie.

Nie czekając aż oskarży go o zdradę jednym ruchem zakrył jej usta i przygwoździł do ziemi. Szarpała się, ale on nie zważając na to, podarł fragment jej sukni i włożył na siłę w zęby. Bez przerwy powtarzał jedno słowo - przepraszam - gdy krępował materiałem jej dłonie. Związaną żonę wziął na ręce i zaniósł do ich sypialni. Zaryglował drzwi by się upewnić, że tym razem srebrnik nie będzie miał jak wejść.

Nadgarstki żony przywiązał do łóżka. Przerażona szamotała się w każdą stronę. Próbując bezskutecznie wypluć materiał z ust.

Mężczyzna nerwowo chodził po pokoju, co chwilę patrząc na szarpiącą się kobietę. Dopiero teraz dotarło do niego co zrobił. Zaprzepaścił wszytko, wiedział, że spalił ostatni most i że nawet jeśli teraz się wycofa, ona już nigdy nie uśmiechnie się do niego tak samo.

Roztrzęsiony usiadł obok niej. Pogładził ją z czułością po policzku, a w jego oczach tliło się szaleństwo.

- Kocham cię tak bardzo, że nie mogę bez ciebie żyć, ale przez to co zrobiłem nie będziesz chciała ze mną zostać. Jesteś moja. Tylko moja. Proszę zrozum, że nie miałem wyjścia...

Wiedźma przestała się ruszać. Zaskoczony mężczyzna wyjął jej materiał z ust. Przez chwilę milczała. Spodziewał się, że będzie drżeć z przerażenia, ta jednak leżała spokojnie, niczym trup. Trzęsącą się ręką zdjął materiał zasłaniający jej twarz i zamarł. Niegdyś czarne oczy, pokryte były srebrną cieczą, ale nie to go wprawiło w osłupienie. Wiedźma po raz pierwszy patrzyła mu prosto w oczy. Cofnął się raptownie, ale ona podążała za nim spojrzeniem. Usłyszał gwałtowne uderzenie o drzwi, ale nie mógł się ruszyć. Do jego uszu dotarł dźwięk pazurów przecinających drewno, jednak nie odwrócił wzroku. Przez umysł przewijały się mu obce emocje. Strach, zawód, smutek. Łzy spłynęły mu po policzkach.

- Zaśnij - Jego powieki stały się ciężkie, a on sam uderzył o ziemie w momencie, gdy ostre pazury srebrnika rozszarpały drzwi.

Zwierze przedarło się przez przeszkodę i podbiegło do wiedźmy.

- Matko - po pomieszczeniu rozszedł się zmartwiony szept, w akompaniamencie kobiecego płaczu. Z jej zamkniętych oczu płynęły srebrne łzy, a szloch trząsł całym jej ciałem. Kot przeciął więzy, po czym stanął nad nieprzytomnym mężczyzną.

- Czy mam zakończyć jego żywot?

- Nie.

Lampart spojrzał zagadkowo na zapłakaną twarz swojej twórczyni. Nerwowo zagryzała wargę, próbując unormować oddech.

- On cię skrzywdził.

- Nie można skrzywdzić martwego - wyszeptała, wstając.
 

 
http://www.eldarya.pl/#home

Zapowiada się kolejna gra randkowa w Polsce Był już Słodki Flirt, było Antic Love, a teraz czas na Eldarya! Premiera 12.09.2016r, ale można już teraz zaklepać sobie nick i przy okazji załapać się na extra prezenty za pre rejestrację
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Ślub wiedźmy był największym wydarzeniem na Sagarze od czasów podpisania paktu handlowego z okolicznymi krajami. Mieszkańcy świętowali przez okrągły tydzień tańcząc na ulicach miasta. Niemal królewskie uczty zagościły w każdym domu, a radosna muzyka niosła się jeszcze wiele kilometrów od brzegów wyspy. Podczas, gdy litry alkoholu znikały w gardłach Sagarajczyków na zamku świeżo poślubiona para cieszyła się sobą, wierząc, że już na zawsze będą tak szczęśliwi jak w tej chwili.

Rok 1766 Sagara

- Kochanie powinnaś odpocząć. Wyglądasz niemrawo. Chodź tu do mnie.

Wiedźma z uśmiechem na ustach wtuliła się w otwarte ramiona męża. Usiadła na jego kolanach, a dłonie zaplotła mu wokół szyi. Uwielbiała to robić. Przywarła bardziej do niego, by móc usłyszeć rytmiczne bicie jego serca. Westchnęła zmęczona.

- Znów są problemy z przemytem. To paskudztwo otacza nas z każdej strony. Jeśli nie powstrzymamy kolejnej fali... - urwała, jakby bała się, że wypowiedzenie tych słów, sprawi, że staną się rzeczywistością - opium będzie nie do wyplenienia.

- Ci... nie mówmy o tym. Niech chociaż nasza sypialnia będzie miejscem pozbawionym polityki - Złożył na jej ustach pocałunek, delikatnie drapiąc ciemnym zarostem jej delikatną skórę. Dłońmi odruchowo ściągał ozdoby z włosów ukochanej - Tęsknię za tobą. Coraz rzadziej mamy czas tylko dla siebie.

Wiedźma zachichotała, a na jej ustach pojawił się figlarny uśmiech.

- Mówisz tak, jakbyś to ty był żoną w naszym związku. - Zarysowała palcem brzeg jego koszuli, po czym odpięła pierwszy guzik, za którym powoli dołączały pozostałe.

- Jeśli pozwoli mi to być z tobą, to nawet mogę być nią na stałe – zaśmiał się, nie mogąc oderwać wzroku od radosnej twarzy ukochanej.

- Nie kuś, bo jeszcze się przyzwyczaję – wychrypiała zmysłowo, gdy wiązania sukni wreszcie puściły, a materiał lekko zsunął się z jej bladych, pokrytych srebrną siatką ramion. Czuła pocałunki i drapanie zarostu męża na swojej szyi, delikatnie z każdym kolejnym, zsuwające się powoli w dół. Zatopiła palce w jego czarnych włosach. Jej oddech stał się płytszy, serce przyspieszyło swój rytm, a srebro w jej skórze odbijało światło świec, oświetlających sypialnię. Miała wrażenie, że płonie od wewnątrz, a metal w jej żyłach topi się. Czuła się żywa... czuła się... człowiekiem.

Opadła w miękką pościel, czuła jak on zawisa nad nią i kontynuuję kreślenie szlaku, przez piersi, po brzuch. Zatrzymał się na pępku. Pocałował go, po czym szybko w niego dmuchnął. Na co wiedźma zaczęła się zwijać ze śmiechu.

- Co ty wyrabiasz? - chichotała, próbując powstrzymać męża przed następnym psikusem. - Dziecinny jak zawsze. - Pokręciła rozbawiona głową.

Mężczyzna uniósł się na rękach i zawisł nad jej głową. Niewidoma kobieta, nie mogła ujrzeć jego udręczonego wyrazu twarzy.

- Kochanie...

- Tak?

Popatrzył na nią czule.

- Kocham cię.

Jej uśmiech nabrał słodyczy, uniosła dłoń i pogłaskała go po policzku.

- Ja ciebie też.

Mężczyzna opadł i położył głowę na jej piersiach. Nie minęła chwila, gdy ręka wiedźmy zanurzyła się w jego włosy.

- Czy to prawda?

Kobieta zamarła w bezruchu, zaskoczona nietypowym pytaniem.

- Oczywiście, skąd w ogóle pomysł, że mogłoby być inaczej?

Przez chwilę trwali w ciszy.

- Byłabyś cudowną matką, więc...

- Dość! – Wiedźma gwałtownie zabrała dłoń z jego głowy i próbowała go z siebie zrzucić, jednak mężczyzna w porę przygwoździł oba jej nadgarstki do łoża.

- Proszę, nie uciekaj. Chcę wreszcie porozmawiać z tobą od początku do końca. Zrozumieć czemu nie chcesz bym był ojcem twoich dzieci. – Pomimo delikatności tych słów, jego głos był zimny, stanowczy, a dla niej kompletnie obcy.

- Nie ma sensu o tym mówić, wszystko co miałam do powiedzenia, omówiliśmy ostatnim razem. Myślałam, że skończyliśmy ten temat. To nie tak, że nie chcę mieć dzieci, to niemożliwe.

- Kłamiesz. Niemożliwe? To po co raz w tygodniu pijasz te swoje mikstury? Myślisz, że nie zauważyłem, że bez niej mnie unikasz? Widziałem na własne oczy jak czynisz cuda. Leczysz z chorób, nałogów, tworzysz żywe zwierzęta ze srebra. I ty twierdzisz, że coś jest niemożliwe?

Zasyczała, próbując wyrwać nadgarstki z wciąż zaciskającego się uchwytu jego dłoni.

- Nie chcesz mieć dzieci? To przynajmniej zdradź mi powód!

Nagle poczuł gwałtowne uderzenie, przez co puściwszy wiedźmę spadł na podłogę. Usłyszał warczenie, a gdy uniósł wzrok ujrzał groźne kły lamparta. Zmrużył oczy, po czym przeniósł wzrok na ukochaną. Siedziała skulona, ściskając uporczywie nadgarstki do piersi. Serce ścisnęło mu się na ten widok.

- Ja... - wyszeptał próbując się podnieść, ale lampart jednym susłem przygwoździł go do ziemi. Kątem oka widział, jak jego żona trzęsącymi się dłońmi zakłada pospiesznie suknię – Kochanie, przepraszam, ja... - Kobieta, nawet nie zatrzymując się na chwilę wybiegła z sypialni.
 

 


W głowie miał mętlik. Rozpaczliwie szukał odpowiedniej odpowiedzi na jej słowa. Czy zachłanność rzeczywiście była, aż tak zła? W końcu nie oznaczała ona braku umiaru, a może jednak?

- Bycie zachłannym to nie koniecznie wada... - stwierdził z namysłem -wszytko zależy od tego, czego się pragnie. Niejednokrotnie pcha ludzi do działania.

Wiedźma pokręciła głową, a dzwoneczki w jej włosach lekko zatańczyły.

- Nawet najwspanialsze lekarstwa uzależniają, a ich zbyt duże dawki potrafią zabijać niczym doskonałe trucizny. Pragnienie jest niczym leczniczy napój, natomiast zachłanność to odmiana prowadząca do zguby.

Chłopak spuścił wzrok i wpatrywał się w kamienną posadzkę. Serce łomotało mu w piersi, jakby chciało przypomnieć, że on także nie jest wolny od tej trucizny. Trawiła go od miesiąca, a najgorsze było to, że nie chciał się od niej uwolnić. Szczególnie gdy teraz miał przed sobą najwspanialszą kobietę pod słońcem. Wtedy zrozumiał, że jego przekleństwem jest miłość.

Na początku pragnął jedynie ją znów zobaczyć, lecz teraz nie mógł oderwać wzroku od jej ust. Z niecierpliwością wyczekiwał każdego słowa, jakie z nich wyszły. Gdzieś w środku trawiła go chęć zerwania materiału zasłaniającego twarz, by móc wreszcie poznać skrywany pod nim kolor oczu. Przyłapał się także, że jego myśli kroczą z każdą chwilą coraz dalej. Z zaskoczeniem zauważył, że nie widzi przyszłości bez niej u swego boku. Kochał ją i za nic z niej nie zrezygnuje.

Spojrzał na wiedźmę z determinacją i miłością w oczach, a srebrne zwierzęta poruszyły się zaniepokojone. Motyle poderwały się z kryształowego drzewa. Węże zasyczały, kierując swoje spłaszczone głowy w kierunku młodzieńca, a pawie zaskrzeczały donośnie. Jedynie lampart wpatrywał się w niego nieodgadnionym spojrzeniem, jakby próbował rozszyfrować stojącego przed sobą człowieka.

- Wydaje mi się, że ktoś na ciebie czeka. - Wiedźma uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Ale...

- Ci... - uciszyła go przykładając palec wskazujący do ust - Idź do niej, my jeszcze się spotkamy.

Przez chwilę wahał się, jednak nie mógł zignorować jej rozkazu. Ukłonił się, podziękował za rozmowę i przeprosił za wtargnięcie do ogrodu bez zaproszenia, po czym wyszedł z podziemi, całą siłą woli powstrzymując się przed zawróceniem. Pokonując kolejne stopnie, czuł jakby oddalał się od swojego serca.

Dopiero wychodząc z altany, otrząsnął się z otępienia i ruszył do ławki, gdzie miał czekać na Nikolę. Wątpił, że ją tam znajdzie, gdyż niebo powoli zaczynało się barwić od zachodu słońca. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że minęło tak dużo czasu, dla niego to spotkanie trwało zdecydowanie zbyt krótko.

Nagle stanął w pół kroku, zatrzymując się przy fontannie. Na ławce siedziała Nikola, oparta o spory piknikowy kosz, była pogrążona w śnie. Płowe włosy otulały jej piegowatą buzię. Jeden kosmyk z każdym jej oddechem unosił się ku górze i opadał prosto na zamknięte powieki.

- Głupolu, nie powinnaś spać w takim miejscu.

Podniósł ją delikatnie i zaniósł do jej pokoju, starając się przynajmniej w ten sposób wynagrodzić jej dzisiejszy zawód.

~*~

Wiedźma podniosła się ze swojej kryształowej ławki i obróciła się w stronę swojego coraz częstszego gościa. Młodzieniec odwiedzał ją niemal codziennie. Opowiadał o swojej ojczyźnie, rodzinie, pracy na zamku, a czasem po prostu słuchał, nie ważne co chciała powiedzieć. Nieświadomie uczyniła go swoim powiernikiem, a zarazem przyjacielem. Lubiła go, mimo że nadal nie znała jego imienia. Zawsze zaskakiwał ją czymś nowym. Sprawiał, że czas mijał jej przyjemniej.

Kobieta podeszła do kryształowego drzewa i wyciągnęła swoją bladą dłoń w kierunku zwisającego z gałęzi węża. Srebrny gad z czułością oplótł się wokół jej nadgarstka.

- Nigdy nie zapytałeś się mnie o to, czym jestem.

Młodzieniec ruszył się niespokojnie.

- Dla mnie nie ma to znaczenia.

- A jednak nie ukryjesz, że jesteś tego ciekaw. - Nie uzyskawszy odpowiedzi, pogłaskała węża po głowie. – Srebrniki to istoty, które rodzą się ze srebra i wiedźmiej obecności. Są jak dzieci. Kochają swoją twórczynię całym swoim jestestwem, nawet po jej śmierci... - zamilkła na chwilę, by odłożyć gada na drzewo. – Pamiętasz naszą pierwszą rozmowę?

Chłopak skinął głową.

- Moim grzechem jest pragnienie wiedzy. To ona uczyniła mnie wiedźmą. To ona... - głos jej zadrżał, a ona uniosła dłonie ku materiałowi na twarzy. Zdjęła go drżącymi dłońmi i odwróciła się do chłopaka – Straciłam wzrok wraz ze stworzeniem swojego pierwszego srebrnika.

Młodzieniec wstrzymał oddech i wpatrywał się w czarne jak węgle oczy, ze srebrnymi plamkami na tęczówkach. Na skroniach widniały rubiny wtopione w skórę, od których ciągnęły się srebrzyste sieci szram. W pierwszej chwili nie wierzył w jej słowa, jednak jej spojrzenie było puste. Jak nocne niebo z nielicznymi gwiazdami, spoglądające na wszystkich, a zarazem na nikogo.

Chłopak wstał i podszedł do wiedźmy. Ujął w dłonie jej bladą twarz i delikatnie potarł kciukami wtopione w skórę kamienie. Po czym się nachylił i zrobił to, o czym marzył odkąd ją po raz pierwszy ujrzał. Skosztował jej ust.
  • awatar Kowalski, opcje!: Albo mi się tylko wydaje, albo kroi nam się tutaj jakiś romansik. Lecę czytać dalej.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Czas biegł przed siebie, nie zwracając uwagi na młodzieńca wyniszczanego przez miłosne zauroczenie. Wydawało mu się, że obraz ukochanej z każdym dniem jest zasłaniany przez coraz gęstszą mgłę. Niczym senne mary po przebudzeniu. Fakt, że nawet desperackie próby szukania wiedźmy w jej własnym zamku nie pomogły, zabijał w nim resztki nadziei. Nie zważając na konsekwencje, kroczył po głównym korytarzu oraz zaglądał do wszelkich pokoi, które nie były zamknięte na klucz. Jednak bezskutecznie. Zamek wydawał się pozbawiony śladów życia. Gdy Nikola się o tym dowiedziała, stanowczo zabroniła reszcie służby pomagać mu w czymkolwiek, a szczególnie nakazała kuchennym, by nawet nie śmieli z nim rozmawiać. Gdyby dowiedział się, że to ona osobiście nosi wiedźmie posiłki, to prawdopodobnie zamęczyłby ją na śmierć. Chcąc wyleczyć przyjaciela ze ślepej miłości, zaprosiła go na piknik na plaży. Nie mógł się nie zgodzić, w końcu była jego wybawicielką.

Chłopak czekał na jednej z ogrodowych ławek, bezmyślnie miętosząc w dłoni urwany liść. Zastanowił się, czy wyjście z Nikolą to dobry pomysł. Miał przeczucie, że dziewczyna ma nie do końca czyste intencje względem tego spotkania. Westchnął i pozwolił upaść listkowi na ziemie, jednak ten został porwany przez wiatr. Poleciał w kierunku fontanny, okrążył baletnicę z brązu, której wodna spódnica wciąż zmieniała swój kształt. Zmrużył oczy, gdy coś błysnęło po drugiej stronie. Serce zabiło mu szybciej, gdy dostrzegł znikający za żywopłotem srebrny ogon. Poderwał się raptownie z ławki i natychmiast pobiegł w jego kierunku.

Zatrzymał się gwałtownie przed porośniętą bluszczem altaną, której wnętrze nie było widoczne z zewnątrz. Przełknął głośno ślinę i wkroczył do środka. Zamarł w bezruchu. To, co zawsze brał za starą, zaniedbaną altankę, w rzeczywistości było wejściem do podziemi. Kręte schody wykute na środku kamiennego parkietu zapraszały go do swoich czeluści.

Zawahał się tylko przez chwilę. Odwrócił się, by ostatni raz spojrzeć na ogród i z głośno bijącym sercem ruszył w ciemność. Schody wydawały się nie mieć końca. Z każdym krokiem robiło się coraz chłodniej, aż wreszcie opuścił ostatni stopień. Ruszył w głąb jaskini i dostrzegł białe światło. Zaparło mu dech w piersiach. Znajdował się w kryształowym ogrodzie. Szklane drzewa, kryły w swoich koronach rubinowe kwiaty i srebrzyste motyle, które lekko poruszały swoimi skrzydełkami. Pawie z metali szlachetnych wpatrywały się w niego z ciekawością, prezentując przepiękne pióra. Z fascynacją patrzył na ten cud, nie mogąc nacieszyć nimi oczu.

- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. - usłyszał melodyjny, kobiecy głos.

Gwałtownie przeniósł wzrok na jego źródło i dostrzegł ją. Wiedźma siedziała na kryształowej ławce i z delikatnym uśmiechem głaskała swojego srebrnego lamparta. Serce niemal wyrwało mu się z piersi.

- Ja... Wybacz o pani — pospiesznie się ukłonił w porę, przypominając sobie o manierach.

- No nie wiem... Jak myślisz Oceanie? Wybaczyć mu? - zapytała się kota, na co ten spojrzał przenikliwie na przybysza. Młodzieniec przełknął ślinę. Wydawało mu się, że wszystkie srebrne istoty w ogrodzie uważnie go obserwują. - Kim jesteś?

Poczuł zawód, że go nie pamięta, jakaś cząstka w jego sercu miała nadzieje, że choć odrobinę zapadł w jej pamięć.

- Pracuję na zamku... – zaczął niepewnie.

- Imię?

Zamilkł.

- Jeśli panienka pozwoli, nie zdradzę swojego imienia.

- A czemuż to? – zapytała zaskoczona odmową.

- Jeśli teraz je panienka pozna, nie będę miał nic, co mógłbym zaoferować.

Wiedźma przechyliła głowę, przez co dzwonki w jej włosach, lekko podskoczyły, wydając z siebie dźwięk. Jej dłoń zatrzymała się na srebrnej sierści. Rozchyliła delikatnie usta, z których wydobył się delikatny śmiech.

- Jesteś pierwszym człowiekiem, który tak ceni swoje imię. – uśmiechnęła się życzliwie – Zaoferować, powiadasz, a cóż byś chciał w zamian? Ludzie nigdy nie oferują niczego bezinteresownie. Nawet zdradzając swoją godność, oczekują w zamian imienia swojego rozmówcy.

- Panienka mówi to tak, jakby jej nie dotyczyło, a to jedna z prawd, które wiążą wszystkich.

Jej uśmiech zbladł, przybierając ironiczny wyraz.

- Jak widać jestem jeszcze bardziej zachłanna niż wy wszyscy razem wzięci.

Chłopak miał nadzieje, że wiedźma nie może zobaczyć teraz wyrazu jego twarzy, bo miał ochotę uciec choćby na dno morza, byleby nie skompromitować się przed nią bardziej. Jego policzki, aż po same uszyły przybrały odcień buraków. A sam nie mógł znaleźć sobie pozycji. Czuł się jak żołnierz przed swoim dowódcą. Jak złoczyńca na sądzie, który nieodzownie kieruje się do kary śmierci.
 

 
  • awatar Seiti: Piękne. Czemu jestem taka nieudolna technologicznie... Wspaniałe, Lisa.
  • awatar zamek1989: kurde mialam ciarki ogladajac ten zwiastow z napisami daly lepszy klimat:)super naprawde!! woow sorki ale w tej chwili moj mozg ie potrafi nic bardziej zrozmialego sklecic:D
  • awatar Kowalski, opcje!: Zapraszam na fanfic z Legolasem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Kochani!
Kminiam już od dłuższego czasu nad jakimś zwiastunem do szeptów. No i wyszło coś takiego... szczerze nie wiem co o nim myśleć dlatego zwracam się właśnie do was W końcu jesteście najlepszymi czytelnikami na świecie! Czy zachęca? A może lepiej by wyglądało z napisami(jeśli zdołam jakieś wymyślić)? Liczę na waszą pomoc
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
- Legenda głosi, że mury tego zamku miały zaszczyt widzieć czasy, gdy życie na Sagarze było marzeniem dla nie jednego człowieka. - Zygmunt ściszył głos, jakby sięgał pamięcią do odległych czasów. - Podobnież przebiegał tu główny szlak morski, który zostawiał część swojej fortuny na naszej wyspie, a sprawą tego całego dobrobytu miała być najpiękniejsza kobieta na ziemi. Właścicielka wyspy uwielbiona przez swoich poddanych i jednocześnie najpotężniejsza wiedźma, jaką miał okazję widzieć świat. Zapewne domyślacie się, że takie bogactwo w rękach kobiety, nie ważne kim by była, było niedorzeczne. Każdego dnia przypływali do niej ludzie z całego świata, mając nadzieje, że to właśnie ich obdarzy uczuciem, a zarazem całym swym majątkiem. Jednak ona była niewzruszona na liczne zaloty. Jej serce było z kamienia, którymi zwykła się otaczać... przynajmniej do czasu, aż na wyspie pojawił się marynarz taki jak wy. Człowiek, którego sprowadziło samo morze... jednak wiedźcie, że ocean jest istotą o paskudnym poczuciu humoru...

Rok 1756 Sagara

Pierwszy raz słysząc o wiedźmie z Sagary głośno się roześmiał. W końcu wszyscy dobrze wiedzieli, że wiedźmy nie istnieją, a sam fakt, że ktoś mógł tak nazwać wysoko postawioną kobietę, wydawał mu się wręcz niestosownym. Jednak nie minęło dużo czasu, gdy przekonał się, że nie tylko Nikola nazywała tak swoją panią. Cała wyspa bez skrupułów szemrała o jej pięknie, mającym zniewalać męskie serca, o czarach, jakie dzieją się w zamku, aż wreszcie, o bogactwie, jakie kryły jego mury. Mimo to mieszkańcy wyspy w niepojęty dla niego sposób kochali swoją panią. Wręcz wznosili ją ku niebiosom za dobrobyt, jaki panował za jej rządów.

Chłopak nie raz zastanawiał się, jaka jest w rzeczywistości, ale pomimo spędzonego tu czasu nie miał okazji nawet ujrzeć jej cienia. Od momentu, gdy morze wyrzuciło go na brzeg minął miesiąc. Na początku opiekowała się nim Nikola, gdyby nie ta dobroduszna dziewczyna, zapewne wykrwawiłby się na tej plaży, a gdy już w miarę doszedł do siebie, zatrudnił się na zamku, by zarobić na podróż powrotną. Tak utknął na tej wyspie, nie chcąc się przyznać, że spodobało mu się takie życie i z chęcią zostałby tu na dłużej... a przynajmniej do chwili, gdy na własne oczy nie ujrzy osławionej wiedźmy.

Ten moment przyszedł szybciej niż kiedykolwiek przypuszczał. Pierwszy raz spotkał ją, gdy szukał Nikoli, by przekazać jej, że dostawca żywności do zamkowej kuchni chce z nią rozmawiać. Wyszedł właśnie z korytarza dla służby, gdy dostrzegł idącego ku sobie lamparta. Przerażony zastygł w bezruchu. Wielki kot wyglądał jak jubilerskie dzieło sztuki, pobudzone do życia. Chłopak przylgnął do wciąż otwartych drzwi, zastanawiając się nad możliwą ucieczką i wtedy dostrzegł ją. Szła parę kroków za lampartem, szeleszcząc wieloma warstwami swojej jedwabnej sukni.

Czy była piękna? Gdyby ktokolwiek go o to w tej chwili spytał, odpowiedziałby, że ujrzał żywe bóstwo stąpające po ziemi. Lecz, gdyby ktoś zapytał, jak wyglądała, wtedy nie mógłby odrzec wiele. Opisałby suknie wydającą się pochodzić z dalekich azjatyckich krain. Mówiłby o hebanowych włosach lekko spływających spod zasłaniającego oczy materiału ozdobionym piórami, kwiatami i złotymi dzwonkami. Jednak to, co utkwiło mu w pamięci to nie suknia, a usta... delikatne, z ledwo zauważalnym uśmiechem, gdy wraz ze swoim srebrnym towarzyszem minęła go tak, jakby była duchem, którego nikt nie miał prawa dostrzec.

Jak można zakochać się w kobiecie widząc jedynie jej usta? On też się zastanawiał, a jednak jej obraz nie przestawał nawiedzać go w snach, a wkrótce i na jawie. Teraz już wiedział, czemu zwą ją wiedźmą, bo sam niechybnie uległ jej urokowi.

Mijały dni, a jego zaczęła trawić tęsknota, zastanawiał się, co musiałby zrobić, by ukochana zwróciłaby na niego swoją uwagę. By chodź raz móc usłyszeć jej zapewne słowiczy głos. Nie raz wieczorami zgadywał jakiego koloru mogą być jej oczy. Może były oliwkowe, a może błękitne jak ocean. Jednak ostatecznie stwierdzał, że kobieta, taka jak ona musi mieć oczy złote, jak dzwonki lekko podskakujące koło jej włosów. Coraz częściej przyłapywał się także na szukaniu jej wzrokiem, jakby istniał chociaż cień możliwości, by mogła się przechadzać wśród zwykłych mieszkańców.

Myślał o niej w każdej chwili i zastanawiał się, co mogłoby wywołać na jej twarzy uśmiech i wtedy przypomniał sobie srebrnego lamparta. A gdyby... zerwał się z miejsca i wybiegł z pokoju, zostawiając zaskoczoną Nikole, z którą jeszcze chwilę temu jadł obiad. Niemal biegiem skierował się do miejscowego jubilera. Pospiesznie rozejrzał się po wszelkiego rodzaju pierścionkach, naszyjnikach, bransoletach, jednak jego oczy nie natrafiły na to, czego szukał.

- Panie, czy wyrabiacie figury zwierząt? - zapytał handlarza, a ten uśmiechnął się szeroko i z wyraźną uległością wyciągnął spod lady nieduże pudełko.

- U nas wszystko się znajdzie, oto moja perełka, największe dzieło sprowadzone z odległych krajów. Skrzydła motyla wykonane są ze szczerego srebra, a kamienie w jego skrzydłach, to najprawdziwsze szmaragdy. Taka okazja nigdy więcej się panu nie trafi. A to wszystko tylko za trzysta pistoli.

- Trzysta pistoli?! Człowieku toż to cała fortuna!

Urażony handlarz zamknął pudełko i powolnym ruchem schował je z powrotem pod ladę.

- Jak za drogo, to niech pan czego innego sobie poszuka.

Chłopak zacisnął ze złości pięści i wyszedł ze sklepu, przeklinając zachłanność handlarzy. Jednak wiedział, że ten motyl, mógłby być kluczem do serca jego ukochanej. A jak... zatrzymał się nagle na tę myśl i skarcił samego siebie o taką głupotę. Zdał sobie bowiem sprawę, że gdyby wiedźma chciała tego motyla, to bez problemu dałaby handlarzowi te trzysta pistoli i najzwyczajniej go kupiła. Wściekły, a zarazem smutny ruszył z powrotem do swojej kwatery, gdyż uświadomił sobie, że nie może zaofiarować jej nic, czego sama by nie zdobyła.

  • awatar Seiti: "By chodź", a nie "choć"? Piękna historia. Twój styl tutaj wznosi się na wyżyny. :*
  • awatar Kowalski, opcje!: Ooo.... Coraz bardziej mi się podoba. Akcja robi się coraz bardziej zawiła, takie lubię!
  • awatar SallyLou: Och historia bardziej intrygująca i bajeczna niż sądziłam. Spodziewałam się nieco innej wersji, choć to pewnie jeszcze nie koniec i czymś nas zaskoczysz :D Pani zamku przypomina mi barwnego rajskiego ptaka, którego wszyscy widzą patrząc tylko na ozdabiające go pióra. Zastanawiam się jaka ona jest i czy ten zakochany w niej chłopak zdobędzie w jej oczach uznanie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Gilbert z niechęcią szedł przez kolejny korytarz, prowadzony przez malowidła ścienne i własne odbicia w powieszonych w nim lustrach. Mimowolnie krople potu osiadły mu na karku. Czuł się jak intruz, złodziej przyłapany na gorącym uczynku. Nie pomagały mu nawet zapewnienia kapitana, że gospodarz tego miejsca nie ma nic przeciwko by udali się do jego kucharza. Wręcz sam zachęcał ich, by odwiedzili Zygmunta. Mimo to chłopak czuł, że nie pasuje do tego miejsca i najchętniej pozostałby razem z Wiktorem. Chociaż i ta myśl nie była dla niego przyjemna. W końcu ten człowiek z kamienną twarzą zamknął drzwi przed nosem swojemu pracodawcy, gdy ten starał się nakłonić go do wyjścia. Wściekłość kapitana zdradzała jedynie czerwona twarz. Mężczyzna potarł swoją brodę i stwierdził, że i tak nie będzie im potrzebny, jednak obaj z Ryśkiem wiedzieli, że miał ochotę w tej chwili ukatrupić Wiktora własnymi rękami.

Skręcając w kolejny korytarz, Gilbert spojrzał na rudego marynarza, który wydawał się śmiertelnie obrażony faktem, że nikt mu nie wierzył. Idąc, rzucał wszystkim obrazom i rzeźbom podejrzliwe spojrzenia, jakby starał się przyłapać je na gorącym uczynku. Jednak za każdym razem, gdy nic się nie działo, przez jego twarz przelatywał wyraz zwątpienia, po czym potrząsał głową i znów wpatrywał się w swoją kolejną ofiarę.

Chłopak odetchnął z ulgą dopiero w chwili, gdy opuścili zamek i skierowali się do kuchni. Z zaskoczeniem stwierdził, że w pobliżu nie ma ani żywej duszy. Co wydało mu się nie naturalne ze względu, że było późne popołudnie. Słońce z trudem starało się przedrzeć przez mgłę, czającą się nad miastem, ale to nie mógł być powód, by wyludnić całe miasto. Gilbert skarcił się za bycie przewrażliwionym i przyrzekł sobie, że da sobie spokój w szukaniu dziury w całym.

Weszli do kuchni i z ulgą stwierdzili, że Zygmunt zdążył posprzątać po gotowaniu i teraz na spokojnie mogliby porozmawiać, czekając, aż obiad skończy się gotować. Mężczyzna zachwycony przywitał się z nimi, jakby znał ich od wieków.

- Słuchy mnie doszły, że jesteście z Polski! — niemal zagruchał, a jego oczy zaczęły się błyszczeć z ekscytacji — Było tak od razu! Moja babka była Polką i to ona nauczyła mnie gotować, ach te czasy... nikt nie robił takich flaków jak ona. - rozmarzył się, całkowicie zapominając o swoich gościach.

- Muszę przyznać, że wasza kaszanka, też była wyborna! Człowiek przez chwilę poczuł się jak w domu!

- Panie Stanisławie — Zygmunt niemal miał łzy szczęścia w oczach i gdyby nie obecność dwóch widzów, pewnie z radością by go uściskał.

~*~

- Przepraszam — Gilbert odchrząknął, zwracając na siebie uwagę, tym samym przerywając kolejny mało stosowny temat o kobietach — Jeśli mogę spytać, ale zastanawiam się, czy zawsze tutaj jest tak pusto?

Kucharz przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się ile może im powiedzieć, po czym uśmiechnął się, mrużąc nieznacznie oczy.

- No tak! Po tylu latach człowiek zapomina, że to może wydać się dziwne. - pokiwał głową, jakby sam sobie potakiwał. - Bo widzicie — spoważniał i popatrzył zebranym w oczy — Ta wyspa jest przeklęta...

- Wiedziałem! - Rysiek zerwał się ze stołka, na co kucharz roześmiał się wniebogłosy.

- Naprawdę w to uwierzyłeś? - złapał się za brzuch, nie mogąc opanować śmiechu. Jednak marynarze nie podzielali jego rozbawienia, widząc to, jego uśmiech lekko przygasł. - Owszem krążą legendy o klątwie mieszkającej tu wiedźmy, ale nikt normalny nie bierze jej na poważnie. Chociaż może to tak wyglądać na pierwszy rzut oka. Bo w końcu legendy zawierają ziarno prawdy.

- Opowiesz nam ją? - zapytał podekscytowany Gilbert, nie mogąc spokojnie usiedzieć.

- A chcesz posłuchać?

Chłopak z entuzjazmem pokiwał głową.

- Niech będzie, ale ostrzegam, że po usłyszeniu jej możesz zacząć bać się własnego cienia.

- On już to robi! - zaśmiał się kapitan. Gilbert już miał zaprzeczyć, ale dostrzegł, że wyraz kucharza się zmienił. Twarz na chwilę spoważniała. Półmrok pomieszczenia tworzył idealny nastrój do opowieści, a cicho skrzeczący ogień wydawał się obrazować wypowiadane przez Zygmunta słowa.
  • awatar Seiti: Nie lepiej pasuje- podejrzliwe spojrzenia? Super klimat, pozazdrościć mi tylko pozostaje. Mnie w życiu coś takiego nie wyjdzie... :(
  • awatar SallyLou: Ou, Zygmunt z Polski. I już rozumiem jego wyrafinowaną kuchnię :D Powinnam się oburzyć. Rozdział za krótki. Takie fajne budowanie napięcia i...nic. Muszę czekać, a ciekawi mnie ta klątwa ciążąca nad wyspą.
  • awatar Kowalski, opcje!: To dawaj legendę teraz, bom ciekawa.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
https://youtu.be/QR28G204z5k

Pomieszczenie wypełniło się donośnym śmiechem trójki mężczyzn.

- To łgarstwo!

- Oj, każdy tak mówi, nie wyprzesz się – Kapitan wyszczerzył się z satysfakcją. – Kto jak kto, ale akurat ciebie nigdy z żadną babą nie widziałem. Przez bite pięć lat! Toż to niesłychane! Albo nie możesz, albo jesteś w jakiejś na zbój zakochany. Pewnie jakaś arystokratka zrujnowała ci życie i ze złamanym sercem trafiłeś na moją Cudowną.

Wiktor posłał mu wrogie spojrzenie i bez słowa opuścił pomieszczenie. Marynarze popatrzyli po sobie i na powrót wybuchnęli śmiechem. Jeszcze przez dwie godziny żartowali, wymyślając powody, dla których ktoś pochodzenia Wiktora mógł się znaleźć na łodzi przewozowej. Nie przeszkadzało im, że niektóre ocierały się wręcz o absurd, ważne było dla nich, że choć na chwilę mogli odpłynąć w zapomnienie.

- Rysiek, a ty?

- Ja? Co tu dużo gadać. Praca jak praca, a chlebem się nie gardzi. W domu mam parę gęb do wykarmienia.

- To ty masz żonę?! - Gilbert zaskoczony wybałuszył na niego oczy.

- Coś taki zdziwiony. Mam. Czasem zrzędzi, że mnie w chałupie nie ma, ale widząc ją raz na dwa miechy, to i jej gadka jest miła dla ucha. Tylko trochę żal, że dzieciaki rzadko widzę. No, ale ktoś musi ich wyżywić, a nigdzie indziej mnie nie chcieli...

Chłopak słysząc to zmarkotniał, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie, tylko na niego nikt nie czeka.

~*~

Gilbert wpatrywał się w malunek kryształowych drzew na suficie. Pomimo zmęczenia nie mógł zmrużyć oka. Za każdym razem, gdy był bliski zaśnięcia, przed oczami stawała mu pozbawiona twarzy i wnętrzności postać. Zrywał się wtedy z łóżka ze skórą zroszoną potem. Strach potęgował fakt, że wiedział, kim jest trup z jego snu. Powieki ciążyły mu niemiłosiernie, a gdy w końcu po raz kolejny opadły, nie miał już siły wyrwać się z objęć koszmaru.

~*~

Znajdował się w kryształowym ogrodzie. Piękne szklane drzewa pod wpływem promieni słonecznych skrzyły się niczym diamenty. Lekka mgła wisiała nad nim, dopełniając bajkowy obraz. Z zapartym tchem podziwiał misterne liście, muszące być dziełem jakiegoś wielkiego mistrza. Nagle coś ruszyło się za drzewami. Gilbert z ciekawością zrobił krok naprzód i wtedy ze zdziwieniem dostrzegł, że posadzka pod jego stopami pokryta jest wodą. Cienka tafla odbijała jego przerażoną twarz, gdy dostrzegł po jej drugiej stronie świecące się oczy lamparta.

Odskoczył gwałtownie, wpadając na kryształowe drzewo, które pod jego dotykiem rozsypało się w drobny pył, niszcząc całą iluzję ogrodu. Teraz została już tylko bezkresna woda oceanu i on, stający na jej tafli. Serce podeszło mu do gardła, wszędzie pływały ludzkie szczątki. Przerażony nie śmiał nawet drgnąć, bojąc się, że choćby najmniejszy ruch zabierze go do czeluści piekieł.

Całą siłą woli próbował zamknąć oczy, jednakże nie był w stanie. Jego wzrok samoistnie powędrował za siebie. Po wodzie kroczył stworzony z kamieni szlachetnych lampart śnieżny. Jego silne łapy tworzyły kręgi na wodzie, a wytworzone przez nie fale oczyszczały wodę z krwi. Kot otrząsnął się, a jego szlachetna powłoka zmieniła się w pył. Został jedynie srebrny szkielet i szmaragdowe oczy. Kości z każdym krokiem deformowały się, przestawiały, układając się na ludzkie podobieństwo. Pył zatańczył wokół szkieletu, oblepiając go na powrót namiastką skóry. Z przerażeniem patrzył, jak przed nim uformował jego sobowtór. Zjawa uśmiechnęła się z szaleństwem w oczach. W tym momencie stracił grunt pod nogami, a woda wyciągnęła ku niemu swoje żądne krwi ręce.

~*~

- To prawda! Widziałem na własne oczy, jak ta cholerna rzeźba się ruszała!

- Rysiek, nie histeryzuj, to niemożliwe — Kapitan sceptycznie spojrzał na rudego mężczyznę. - To na pewno był sen.

- Wiem, co widziałem! Ten zamek jest przeklęty!

- Tak, tak, niech ci będzie — machnął ręką i wyprzedził go, ucinając niedorzeczną gadaninę marynarza.

Gilbert przełknął głośno ślinę, nie chciał się przyznać, ale gdzieś wewnątrz wierzył, że marynarz mówił prawdę. Bo w końcu sam nie mógł się oprzeć wrażeniu, że wszystko w tym domu mu się przygląda. Zwłaszcza że na każdym kroku stały lustra, tak jakby ślepy gospodarz, mógłby zrobić z nich jakikolwiek użytek.
  • awatar SallyLou: Robi się coraz groźniej. Sama nie jestem pewna, czy to co widzą marynarze to prawda, czy może złudzenie wywołane "pożywnym" posiłkiem. Przerażają mnie takie domy, które wydają się być świadome. Może to moja nadwrażliwość wywołana namiętnym zaczytywaniem się w horrory różnej maści, ale mam wrażenie, że pan Leonard w pewien sposób jest zjednoczony z swoim domem i te lustra umożliwiają mu obserwowanie wszystkiego w zamku. Albo po prostu mam zbyt bujną wyobraźnię :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

- Witam was drodzy panowie na mojej wyspie. Nazywam się Leonard Gabriel Sagara. Edward zapoznał mnie z waszą sprawą, ale znając jego osąd, chciałbym nabyć własny. Jednak na wstępie proszę was o miłe towarzystwo przy posiłku. Po tym przejdziemy do interesów.

Marynarze z niepokojem przystali na propozycję, mimo wszystko nie mogąc się oprzeć wizji ciepłego posiłku. W chwili, gdy mężczyźni zajęli wolne miejsca, drzwi jadalni stanęły otworem, a do pomieszczenia weszło trzech kelnerów. Dopiero, po udekorowaniu stołu niesionymi przez siebie potrawami, opuścili lustrzaną salę, a pan wyspy wyprostował się na krześle, zdradzając wreszcie jakiekolwiek oznaki życia. Podniósł swoją chorobliwie bladą dłoń, na co stojący za nim sługa posłusznie zrobił krok do przodu...

- Dziś kucharz przygotował czarną polewkę, wątróbkę w sosie śmietanowym oraz smażoną kaszankę.

- Doprawdy, cóż ten Zygmunt nie wymyśli, co było ostatnim razem? Móżdżek...

- Z jajecznicą — podpowiedział sługa, nakładając zupę do srebrnego talerza.

- Ach tak... móżdżek z jajecznicą i flaki... zaczyna mnie zadziwiać ta polska kuchnia Edwardzie. Toż to muszą być barbarzyńcy, skoro nie obrzydza ich fakt tworzenia takich przepisów, a wy moi mili goście, co o tym sądzicie?

Marynarze wbili swoje zaskoczone spojrzenia w potrawy, a następnie w pana zamku. Kapitan przełknął ślinę, zastanawiając się nad odpowiedzią, jednak ku zaskoczeniu reszty odezwał się Wiktor.

- Pan wybaczy, ale nie mogę się zgodzić. Jako rodowity Polak nie czuję się w najmniejszym stopniu barbarzyńcą, a obraza mych dań narodowych jest niczym szyderstwo z mojego pochodzenia.

Zapadła pełna napięcia cisza. Nie tylko Leonard zdumiał się, zdziwieni również byli jego towarzysze, którzy nie mogli uwierzyć, że można tak wykwintnie posługiwać się językiem.

Po pomieszczeniu rozniósł się głęboki śmiech pana zamku.

- Ach, Edwardzie, jakże ty potrafisz się mylić do ludzi! Nie chciałem panów w żadnym stopniu urazić, gdyż nie wiedziałem z kim mam do czynienia. A uwierzcie panowie, że z czasem człowiek zapomina o pewnych sprawach. - umilkł na chwilę. Po czym wskazał swoim kościstym pacem twarz — Moje oczy nie widzą od wielu lat i pomimo wielkich chęci posiadania własnego osądu, taki stary człowiek, jak ja musi się wbrew własnej woli opierać na innych. Więc panie...

- Wiktor... Wiktor Duch. - przedstawił się marynarz z powagą godną wysoko urodzonego człowieka.

- Panie Wiktorze, jeszcze raz proszę mi wybaczyć moje niestosowne zachowanie. Mój kucharz, Zygmunt chwali sobie waszą rodzimą kuchnię, pomimo jej ekstrawagancji... Bo przyzna pan, że jest ekstrawagancka.

- Równie bardzo, jak żabie udka, czy inne potrawy. - stwierdził niewzruszony, nakładając sobie talerz czerniny. Jego towarzysze po chwili namysłu postanowili pozostawić swój los w jego rękach, a sami bez żadnych skrupułów wypełnić swoje puste żołądki jeszcze ciepłą kaszanką.

Gilbert cieszył się, że pan zamku jest niewidomy, gdyż widok głodnych marynarzy, pozbawionych znajomości etykiety, był przekomiczny, Mężczyźni bezowocnie starali się zachować jakiekolwiek pozory przed bacznie łypiącym na nich Edwardem. Szczękanie sztuców o siebie roznosiło się po pomieszczeniu, pogłębiając bruzdę niezadowolenia na czole starca.

W chwili, gdy mężczyźni zaspokoili pierwszy głód, Wiktor postanowił wrócić do rozmowy.

- Waści kucharz wspomniał, że pan będzie mógł nam pomóc w powrocie do ojczyzny, a przynajmniej do europy.

Leonard pokiwał głową strapiony.

- Owszem, jednakże morscy handlarze przypływają do nas raz na miesiąc... Edwardzie, kiedy przypada najbliższy termin?

- Powinni się zjawić za półtora tygodnia. - odparł beznamiętnie, mordując wzrokiem przybyszy.

- A więc za półtora tygodnia... do tej pory chciałbym was ugościć u siebie. Z chęcią porozmawiam z panem, panie Wiktorze o pańskiej ojczyźnie. A teraz zapewne jesteście zmęczeni, Edward zaprowadzi was do pokoi gościnnych.

~*~

- Widzieliście? Tam było tyle srebra, że spokojnie do końca życia, by nam starczyło.

- Chyba nie chciałeś ich ukraść...

Gilbert spojrzał sceptycznie na Ryśka, którego oczy świeciły się, podczas oglądania wartościowych rzeczy zdobiących pokój.

- Zaraz ukraść... myślisz, że temu ślepcowi są potrzebne? Ma całą wyspę na własność. - stwierdził z zazdrością.

Gilbert westchnął z rezygnacją i spojrzał na Wiktora, który przypatrywał się zawzięcie swojemu odbiciu w wiszącym na ścianie lustrze.

- Co arystokrata robi na morzu?

Wiktor drgnął i nie odwracając się, spojrzał na chłopaka.

- A co dzieciak robi na morzu?

Gilbert z czerwieniał i skulił się nieznacznie pod złowrogim spojrzeniem oszpeconego mężczyzny. W pierwszej chwili chciał się wycofać, jednak widząc, że Wiktor nadal czeka na odpowiedź, zebrał się w sobie.

- Szukam wolności.

Zapadła głucha cisza, teraz oczy wszystkich utkwione były w chłopaku.

- Chłopcze... wolność nie istnieje, to mrzonka, która nie ma prawa bytu. Dopóki stąpasz po świecie, nie znajdziesz wolności.

- A to niby dlaczego?- zapytał oburzony.

- Bo podlegasz wszystkiemu, co żyje, ludziom, zwierzętom, naturze. Zawsze będziesz skazany na ich łaskę. Jednak to, co najbardziej zniewala człowieka, to on sam.

- Wiktor skończ tę swoją filozofię, bo młokosa nam wykończysz. - przerwał mu kapitan — Widzisz młokosie, Wiktor pływa ze mną od pięciu wiosen i może małomówny chłop z niego, ale gadane, co mu trza przyznać, ma. W końcu jakieś tam arystokratyczne pochodzenie ma. - ściszył głos dramatycznie.

- Kapitanie!

- Jak przyszedł z poharataną gębą na mój statek i tym jego wielkopańskim językiem, tom ja wiedział, że uciekinier i, mimo że do dziś się wypiera, ja wiem swoje.

- Kapitanie, niech pan przestanie opowiadać te bzdury, bo mnie kiedyś przez kapitana zamkną.

- A wiesz młokosie, że...

W tym momencie Wiktor załamany ukrył twarz w dłoni.
  • awatar Seiti: Zjadłabym wątróbkę i kaszankę... mniam <ślinka do pasa> Krwawe dania im serwuje. :D Kaszanka z człowieka brzmi ekstrawagancko XD Jstem zaniepokojona twoim opko, budzi we mnie jakieś mroczne pokłady wyobraźni.
  • awatar Kowalski, opcje!: Hmm... Byłam przekonana, że całe to przepyszne żarcie będzie zatrute. No trudno... Pisz dalej, co chcę wiedzieć co z Wiktorem.
  • awatar SallyLou: Wybornymi potrawami raczy kucharz swojego pana :) Padłam, kiedy przeczytałam o móżdżku z jajecznicą i polskich potrawach w jednym zdaniu. Aż przepisu poszukam... Tak swoją drogą podziwiam tych biednych gości. Głowy nie dam bo nie pamiętam dokładnie w jakich latach dzieje się akcja, no ale wątpię czy marynarze często jadali takie frykasy jak czarna polewka i kaszanka. Zwłaszcza Gilbert. Także smacznego im życzę :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
https://youtu.be/QR28G204z5k

W sali, gdzie ślepiec z widzącym się zamieni,
Tam twe przeznaczenie się odmieni.
Czarne schody pną się ku jemu,
byś pokłon oddał panu memu.
Na ucztę koniecznie przyjść musisz,
Inaczej z braku tlenu się udusisz,
Musisz czarcich potraw skosztować,
By zbyt wcześnie nie zwariować.

~*~

Cisza ciążyła im na sercach, jednakże wroga postawa starca nie zachęcała do zaczęcia rozmowy. W milczeniu wspinali się ścieżką ku zamkowi, mając nadzieję, że przynajmniej w nim przywita ich ktoś sympatyczniejszy. Ktoś, kto przynajmniej powie im, gdzie dokładnie są.

Gilbert przekraczając bramę zamczyska, przełknął głośno ślinę. Spodziewał się ujrzeć tętniące życiem, pomimo nocy, miasto, jednak tu słabe światła lamp rzucały przerażające cienie na stojące wzdłuż drogi budynki. Nagle drzwi jednego z nich stanęły otworem. Ciepłe światło zalało aleję, a na spotkanie wyszedł im rosły mężczyzna. Wzrok Gilberta spoczął na trzymanym przez niego nożu. Klinga rozbłysła niepokojąco.

- Edwardzie, stary gburze, już wró... - mężczyzna urwał, przyglądając się swoimi małymi oczkami stojącym za starcem marynarzom. Uniósł nóż i wskazał na nich czubkiem ostrza — Skąd wytrzasnąłeś ten obraz nędzy i rozpaczy? -zadrwił, ukazując brak prawego kła.

- A grom ich wie! Do pana ich prowadzę, on się nimi zajmie. - wymruczał niezadowolony. - Mówią, że rozbitkowie, ale ja takich łotrów znam! - zmierzył ich swoimi pożółkłymi oczami. - Pilnuj ich. - burknął, po czym zniknął w budynku, z którego wyszedł jego rozmówca.

Zapadła pełna napięcia cisza. Mężczyzna przez chwilę stał w bezruchu, po czym uśmiechnął się i wytarł brudną dłoń o swój fartuch.

- Tak... Witajcie w Sagarze! Biedaczki, morze dało w kość, tak? Sztorm was tak urządził? A tak w ogóle to Zygmunt jestem, najlepszy kucharz na wyspie.

Kapitan uścisnął wyciągniętą w swoim kierunku dłoń.

- Stanisław, a to moja załoga. Wiktor, Ryszard, a ten przerażony młokos to Gilbert, miał pecha, to jego pierwszy rejs, a łódź szlag trafił.

Kucharz pokiwał ze współczuciem głową, po czym nagle otrząsnął się i zaprosił ich do środka. Po przekroczeniu progu natychmiast uderzył ich zapach gotowanego mięsa i licznych przypraw. Na stole stojącym pośrodku pokoju, leżały surowe, starannie ułożone porcje mięsa.

- Wybaczcie, ale właśnie miałem marynować. Siadajcie. Poczęstowałbym was, ale dopiero, co wstawiłem. - Wskazał na kocioł z gotującym się posiłkiem.

Kapitan zajął miejsce na krześle najdalej stołu. Gilbert z Ryśkiem popatrzyli z niesmakiem na surowe mięso, ale widząc naglące spojrzenie kapitana, wreszcie zajęli wolne miejsca. Jedynie Wiktor oparł się o ścianę i uważnie obserwował pomieszczenie.

- No to opowiadajcie, jaki diabeł was na morze posłał?

- Interesy. Przewozy przez morze robimy, czy to ludzie, czy rzeczy. W chałupie jeszcze kuter rybacki prowadzi brat mój i taki interes sobie razem kręcimy. Dopóki Cudownej szlag nie trafił! Toż to całe życie na niej pływałem! Przeklęte wieloryby! Wyobraża pan sobie? Czterdzieści sześć lat... Czterdzieści sześć lat, a tu takie coś! Pół załogi straciłem, rekiny ich zżarły.

- Rekiny powiadasz... - Kucharz zamyślony spojrzał w okno i pokiwał twierdząco głową. W dłoni obracał nóż, jakby szykował się do wypatroszenia czegoś. - Oj tak... to wstrętne bestie.

Marynarze spojrzeli po sobie zaniepokojeni. Gilbert spuścił wzrok na leżące przed nim mięso, jednak zamiast niego przed oczami stanął mu obraz rozszarpanego Jana. W jednej chwili zzieleniał. Rysiek odsunął się od niego i odchrząknął, zwracając na siebie uwagę Zygmunta.

- Nie rozmawiajmy o tym. Czy na tę waszą wyspę, której nie ma na mapie, przypływają jakieś statki, które mogłyby nas stąd zabrać?

- A no tak... Nie ma na mapie? To może nic nie wartą mapę macie. Pan Sagary to bardzo życzliwy człowiek, jako jedyny może wam tutaj pomóc, mnie statki nie interesują, ja tu tylko gotuję. - Wzruszył ramionami i zajrzał do kotła. W tej chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich czerwony ze złości lub od chodzenia po schodach starzec.

- Pan prosi do siebie. - wysyczał, jakby właśnie z jego ust wyszło największe bluźnierstwo.

~*~

Dziwnie się czuli stojąc przed drzwiami prowadzącymi do jadalni. Pomimo zachwytu zamkiem, czuli się jak obcy, łotrzy, którzy nigdy nie mieli prawa tam wejść. Jedno z drewnianych skrzydeł otworzyło się, ukazując salę pełną luster. Na środku pomieszczenia stał stół zastawiony srebrną zastawą, a przy nim siedział blady, wątły mężczyzna. Zamglonymi oczami wpatrywał się w jakiś nieokreślony punkt.

- To ty, Edwardzie?

- Tak panie, wprowadzić ich?

- Owszem, niech usiądą. Mam nadzieje, że dotrzymają mi towarzystwa przy śniadaniu.
  • awatar SallyLou: Taa kucharz wie coś czego nie wie załoga. I jeszcze to mięsko. Aż jestem ciekawa co z posiłku wyniknie :) Pan zamku wzbudza zainteresowanie. Ciekawa jestem czy to marynarze to będą dla niego goście, czy przystawki.
  • awatar Seiti: Nie wiem czemu, ale surowe mięso przywołało mi w głowie obraz jak biedaków kucharz patroszy i podaje na kolacje... Zygmunt, Ryszard, Stanisław... cóż za staromodne imiona nadajesz. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Szukasz kamratów swych?
Chcesz uratować ich?
Me łzy spełnią twe marzenie,
Tobie także zadam cierpienie.

Krocz ścieżką ku górze,
Tam znajdziesz w chmurze,
Czarci zamek pełen chwały,
I wolności piękne bramy.


Gilbert jeszcze nigdy nie cieszył się tak bardzo, czując stały grunt pod nogami. Zresztą nie on jeden, cała załoga jak jeden mąż przyparła do zimnego piasku, jakby chcieli go z radości ucałować. W tej chwili nie liczyło się nic poza tym, że już nie byli skazani na mącące myśli dryfowanie.

- Jesteśmy uratowani – westchnął Rysiek, wypowiadając na głos myśli pozostałych.

Gilbert rozejrzał się, jednak wszechobecna mgła ukrywała w swoich czeluściach, otaczający ich teren. Samotna lampa z trudem oświetlała wyciągniętą na brzeg łódź. Chłopak z uwagą wsłuchał się w otoczenie, mając nadzieję usłyszeć jakieś ludzkie głosy. Jednakże jedyne, co uchwyciło jego ucho poza własnym oddechem, to szum rozbijających się o brzeg fal. Ten odgłos zmroził mu krew w żyłach i podsunął makabryczny obraz ludzkich szczątek. Włosy zjeżyły mu się na całym ciele. Potrząsnął szybko głową, by wyrzucić straszne myśli. Podświadomie wypierał się tego zdarzenia i wmawiał sobie, że to był zwykły koszmar.

- A tak właściwie, to gdzie my jesteśmy? - zapytał przenosząc wzrok na swoich kamratów.

- A czy to ważne? Grunt, że na lądzie.

- Młokos ma rację, trza to sprawdzić. Leć do łodzi i przynieś mapę. – Kapitan pogonił Gilberta, a sam usiadł ze stęknięciem na zimnym piasku. – I weź lampę! – dodał po chwili namysłu. Chłopak skrzywił się, ale mimo to, bez słowa sprzeciwu wykonał polecenie.

Kapitan rozłożył ją na piasku i pulchnym palcem wskazał punkt na środku Oceanu.

- Mniej więcej tutaj zatonęła Cudowna... - zamilkł na chwilę, po czym przetarł twarz dłonią i zaczął palcem rysować wokół tego punktu nieduże koła. Jednak z każdym kolejnym ruchem jego palec zwalniał, by znów się zatrzymać. Kapitan ponownie przyjrzał się mapie.

- Stawiam, że jesteśmy tu!

Wskazał na niedużą wyspę znacznie oddaloną od zatonięcia statku. Gilbert i Rysiek spojrzeli zaciekawieni mu przez ramię, ale żaden nie okazał większego entuzjazmu. Może dlatego, że sam kapitan nie wyglądał na przekonanego. Wskazana przez niego wyspa była zdecydowanie za daleko, by przemierzyć taki dystans w jedną noc.

Wiktor nawet nie ruszył się z miejsca, typowo dla siebie usunął się w cień i nasłuchiwał ich rozmowy. W pewnej chwili, gwałtownie wstał i podszedł do stojącej na piasku lampy. Nie zważając na zdziwione spojrzenia kamratów zakrył ją swoim płaszczem.

- Co do... - Kapitan nie zdążył przekląć, gdyż dostrzegł zbliżające się w ich kierunku światło, które bujało się w mlecznej chmurze jak zabłąkany ognik. Po zdarzeniach na morzu, nikt nie śmiał nawet drgnąć. Płomień falował, podskakiwał i z każdą chwilą przybliżał się do nich. A wraz z nim dźwięki niezdarnego chodu. Marynarze wstrzymali oddech.

- ... wstrętne... ohydne... niewdzięczne... mątwy... starego do takiej roboty wysyłać... nie pasuje... nie pasuje! Marnotrawstwo... kanalie... wybredne gnidy... - chrapliwy głos odbijał się od nabrzeżnych skał. - Gdzie to... ach, tutaj.

Rozległ się plusk, jakby ktoś wylewał w wiadra pomyje, po czym, kroki znów zaczęły się przybliżać. Rysiek nagle zerwał się z ziemi i podszedł do migoczącego światełka. Wiktor starał się go powstrzymać jednak ten się wyszarpnął zwracając na siebie uwagę przechodnia.

- Kto tu jest?! - zapytał starzec podejrzanie podnosząc lampę w kierunku marynarza. - Odejdź! Nie ma tu nic po tobie! - wrzasnął cofając się o krok i wykrzywiając pomarszczoną twarz.

- Spokojnie, potrzebujemy pomocy, nasz statek zatonął...

- A, co mnie to! - warknął, nie dając skończyć Ryśkowi, który zrobił się w jednej chwili czerwony. Raz spróbował być miły.

- A to, że jak nas nie zaprowadzisz do najbliższego miasta, to porachujemy ci kości!

Staruszek splunął i cofnął się o kolejne dwa kroki, w dłoniach trzymając wiadro i lampę, jakby mogły go ochronić.

- Rysiek! - warknął na niego kapitan wchodząc w pole widzenia staruszka. - Proszę nam wybaczyć, nie mieliśmy nic złego na myśli. Wie się, na morze nie ma rady. Moja Cudowna poszła na dno... Wieloryb rozwalił kadłub. Pan rozumie... straciliśmy część załogi...

Starzec spojrzał podejrzanie na czwórkę marynarzy i po chwili namysłu splunął mamrocząc przekleństwa pod nosem.

- Chodźcie, pan się wami zajmie.

Marynarze spojrzeli po sobie, następnie wzięli wszystkie swoje rzeczy z łodzi i ruszyli po kamiennych schodach za wciąż mamroczącym pod nosem starcem. Mgła z każdym pokonanym przez nich stopniem rozrzedzała się, aż w końcu mogli ujrzeć cel swojej podróży. Olbrzymie, czarne zamczysko, stojące dumnie na wzgórzu, do którego prowadziły równie czarne schody.

Gilbert z zachwytem i jednocześnie trwogą przyglądał się upiornemu, a jednocześnie fascynującemu krajobrazowi. Do jego umysłu wkradła się myśl, że wygląda jak szpiczasta góra położona nad brzegiem morza - jak pałac morskiego boga.
  • awatar SallyLou: Dziwny staruch i mroczny zamek... A w nim hrabia Dracula zapewne :) Twoje opisy są nieziemskie. Momentalnie wczuwa się człowiek w klimat.
  • awatar Seiti: Zwodniczy śpiew dusze pochłonął, morze ukochane zbrukane krwią. Ocaleni na brzegu, lecz czy bezpieczni? młahahaha
  • awatar Kowalski, opcje!: Myślałam, że z miejsca ich pożre. Co z tego, że to tylko staruszek, z takimi nigdy nic nie wiadomo. Spodziewam się, ze będzie chciał ich zarżnąć piłą motorową. Czekam na ciąg dalszy z rosnąca niecierpliwością.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 


Ukrzyżuję sumienie
Zabiorę z mych ramion cierpienie
Konaj w morza głębinie
Dopóki cię nie zabiję

~*~

- Wyciągajcie! Cholera by to! Szybciej!

Cała trójka z całej siły pociągnęła za sznur. Strach stał się już czymś niemal namacalnym. Ich ręce trzęsły się przy każdym ruchu.

- Szlag!

Wyciągnęli całą linę, ale jej koniec był urwany, jakby coś odgryzło przywiązanego do niej Eryka.

- Odpływamy stąd i to już! Wiosła w ręce. – kapitan sam wziął jedno z nich i zaczął nim wymachiwać. Rysiek nie czekał na drugi rozkaz i momentalnie dołączył do swojego kapitana.

- A Eryk?

Kapitan spojrzał na Gilberta jak na chorego psychicznie.

- Gdzie Eryk?! W piekle! Tak kończą ci, co nie słuchają rozkazów. Widziałeś linę? Teraz Eryk dołączył do staruszka i Janka! Jeśli nie chcesz skończyć jak oni to do wioseł! – Gilbert patrzył na niego oniemiały i chwilę później dołączył do wiosłującego rudzielca. Pełną napięcia ciszę przerywały jedynie ciche przekleństwa rzucane przez kapitana. Płynęli na oślep. Zżerani od środka przez sumienie i strach nawet nie pomyśleli o użyciu kompasu. Chcieli uciec jak najdalej od przeklętego miejsca, jednak pieśń oceanu towarzyszyła im mącąc zmysły i nie pozwalając na chwilę wytchnienia.

- To coś cały czas za nami płynie! – warknął Rysiek z wściekłością.

- To wiosłuj szybciej!

- Sam se wiosłuj! Ręce mi opadają! A czemu on nic nie robi? - wskazał z wyrzutem na siedzącego za nim mężczyznę. - Bierz za wiosło, albo wypad stąd. - warknął groźnie mrużąc oczy.

Gilbert odruchowo zapadł się w sobie, gdy spojrzenia tych dwojga się spotkały. Czuł się w potrzasku. Wokół była woda, a w łodzi paradoksalnie wcale nie było bezpieczniej. Nagle wszyscy zamarli.

Coś otarło się o łódź, Gilbert z głośno bijącym sercem wyjrzał zza burty i zamarł. Żołądek podjechał mu do gardła. Zakrył usta i z krzykiem cofnął się na drugi skraj łodzi. Woda była czerwona od pływających w wodzie szczątek. Ciało mężczyzny zaczepiło się o łódź. Bezoka twarz pozbawiona skóry, patrzyła się pustymi oczodołami w niebo. Świeże tkanki pływały wokół. Klatka piersiowa trupa stała otworem, pokazując gołe żebra i wypłukiwane przez wodę organy. Kapitan zbladł i całą siłą woli podszedł bliżej. Przeżegnał się zamaszyście rozpoznając po ubraniu Jana Bareta. Ścisnął mocniej wiosło. Zawahał się przez chwilę, po czym odepchnął drewnianym końcem zwłoki marynarza. Nagle poczuł jak coś chwyta kij. Widząc na jego rękojeści ludzką rękę z okrzykiem przerażenia puścił wiosło, które z cichym pluskiem zniknęło pod wodą. Był niemal pewny, że trup nie był do końca martwy. Zdając sobie z tego sprawę, zaczął zaprzeczać sam sobie. Przecież to nie możliwe, by ktoś w takim stanie mógł jeszcze żyć. Więc, skąd ta ręka? Z ściśniętym sercem usiał i otarł spocone czoło.

- Szaleństwo... szaleństwo... wariactwo... - powtarzał szukając jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia. Jego pijany umysł szukał czegoś co pozwoliłoby mu zachować zdrowe zmysły i wtedy do niego dotarło. – Ścierwo... nigdy więcej nie tknę alkoholu – mruknął do siebie i spojrzał na wymiotującego Gilberta i bladego jak papier Ryśka, nawet zwykle beznamiętna twarz Wiktora teraz wyrażała coś pomiędzy niesmakiem, a lękiem. Sam natomiast był chorobliwie czerwony, oczy miał przekrwione, a w słabym świetle lampy, cienie wydawały się być robactwem, przemykającym po jego twarzy.

Coś musiało go rozszarpać i doskonale zdawali sobie sprawę, że ta bestia nie poprzestanie na jednej ofierze. Zdrowy rozsądek podpowiadał, co spotkało ich pozostałych kompanów i nakazywał jak najszybciej opuścić to miejsce. Jednak pogoda na morzu jest kapryśna. Z każdą chwilą niebo wydawało się zniżać, tak jakby płynęli wśród chmur. Mgła otoczyła ich ze wszystkich stron, a woda sączyła do ich uszu upiorny odgłos fal.

Trwoga zaczęła szeptać im przeróżne mroczne myśli. Strach ogarnął ich po same czubki włosów. Coś szarpnęło łodzią, a w powietrzu rozniósł się upiorny dźwięk skrobania o drewniany kadłub. Czwórka marynarzy wstrzymała oddech, gotowa na spotkanie z potworem. Mgła rozrzedziła się na tyle, by ukazać piaszczystą plażę lądu.
  • awatar Seiti: Jak ja kocham taki klimat. :D więcej, więcej, więcej! Skojarzyło mi się z "Białym kłem", gdy wilki podążały za zaprzęgiem.
  • awatar SallyLou: Wow, dlaczego mi nigdy taki horror nie wyszedł? Czytając to czułam taką samą niepewność o losy bohaterów, jak przy książkach Kinga. Jestem ciekawa, czy uda im się dotrzeć na brzeg.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
https://youtu.be/QR28G204z5k
Ciągnij długi sznur,
Życia jedwabną nić,
Aż napotkasz mur,
Który zabroni śnić.

Zdrada winą twą,
Sąd rolą mą,

Zapłatą dla morza,
Jest dla duszy obroża.


- Szykować łodzie ratunkowe, do cholery! Mają być w gotowości, bo jak nie, to nas rekiny pożrą! - głos kapitana niósł się nad gwarem zdezorientowanych marynarzy - Cholerne wieloryby, że akurat teraz musiały się napatoczyć. Ładujcie prowiant, do diaska! Szybciej!

Gilbert podbiegł do kapitana, który wydawał się wytrzeźwieć w ciągu jego nieobecności. Dwoje marynarzy, którzy wcześniej go minęli, podbiegli do kapitana.

- Woda zbyt szybko napływa, odcięliśmy dolny pokład, ale... nie damy rady zatrzymać wody.

- Idziemy na dno... - dodał Janek, poprawiając nerwowo czapkę na głowie.

Twarz kapitana z czerwonej przybrała kolor papieru.

- Matuniu... Najbliższa wyspa jest około dnia stąd... Sprawdzicie kurs, zabierzcie do łodzi kompas i mapę. Zajmie nam to dużo więcej czasu, ale może przeżyjemy. – przetarł twarz dłonią, z niepokojem spoglądając na horyzont.

Marynarze zajęli wszystkie miejsca w łodzi ratunkowej. Siedmiu mężczyzn z bólem patrzyło jak statek zostaje pożerany centymetr po centymetrze, przez czarną otchłań oceanu. Ciemności rozświetlał jedynie słaby blask lampy, a oni widząc bezkres wody, zdali sobie sprawę z zimna morskich nocy. Cisza, pełna niedowierzania i żalu, świadczyła o niespokojnych myślach rozbitków. Gilbert, nie mógł opanować drżenia rąk. Nerwowo przyglądał się towarzyszom, którzy podobnie do niego nie mogli wydusić z siebie słowa. Jego wzrok padł na siedzącego na drugim krańcu łodzi przerażającego mężczyznę. Jako jedyny z kamienną twarzą przyglądał się wodzie. Gilberta przeszedł dreszcz. Mieli szczęście, że wyszli z tej sytuacji żywi. W końcu nie raz słyszał o katastrofach na morzu i były o wiele straszniejsze, od powolnego tonięcia statku, jakie ich spotkało. Jednak przerażające spojrzenie mężczyzny, sprawiło, że chłopak czuł się jakby coś jeszcze czekało na nich podczas tej podróży. Coś, czego z pewnością nie chciał doświadczyć.

- I co robimy? – zapytał Eryk ocierając z czołakrople potu. Kapitan spojrzał na zakryte chmurami niebo.

- Czekamy do rana. Potem wyruszymy, niech się wszyscy prześpią, dwie osoby niech będą na warcie. W razie gdyby coś płynęło, wtedy wiecie co rozbić. Młokosie, ty... - łódź zatrzęsła się gwałtownie. W ostatniej chwili, Gilbert złapał ramię kapitana, chroniąc go przez wypadnięciem za burtę. – Co to u diabła było?!

- Cholera, orki?! – warknął Rysiek trzymając się kurczowo łodzi.

- Nie to coś innego, chyba rekin. – mruknął stary marynarz. Wpatrując się w wodę. – Duży, ale nie zrobi nam krzywdy, dopóki siedzimy w... Słyszycie to?

Wszyscy zaniepokojeniu spojrzeli na wodę. Z ciemności dobiegło ich uszu nucenie. Cicha melodia przerodziła się w niezrozumiały, kobiecy śpiew. Słodkie, a zarazem pełne smutku dźwięki niosły się echem ze wszystkich stron, mrożąc serca.

- Co do cholery?

Stary marynarz wstał. Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Jedynie spojrzał z wdzięcznością na towarzyszy.

- Woda lubi pożerać słuchaczy jej szeptów. – oparł się o bok łodzi i wpadł do wody. Gilbert widział jak ten miły człowiek, znika za kadłubem. Usłyszał plusk.

- Człowiek za burtą!

Wszyscy poderwali się, by pomóc staremu kompanowi, ale pomimo rzuconych lin, mężczyzna nie wypłynął.

~*~

Minęła godzina, a poczciwy marynarz zniknął bez śladu. Nawoływania nie pomogły.

- Może rekiny go zjadły?

- Było by słychać, rekiny strasznie hałasują podczas żeru.

- Pewne jest, że jest już martwy.

- A może...?

- Nie bądź głupcem, woda jest zimna, a on miał już swoje lata.

- Ale co mu odbiło?

- Zamknąć się, tępaki! – huknął kapitan, zirytowany ich zachowaniem. Nie mógł sobie darować straty członka załogi, nie mówiąc już o szoku utraty statku. Szukali go bez skutecznie. Nie rozumiał zachowania starego przyjaciela. Do tego ta niepokojąca muzyka na środku morza. Wiedział, że to jedynie szum fal obijających się o łódź, ale mimo to nie mógł się oprzeć wrażeniu, że to kobiecy śpiew.

- Kapitanie coś ruszyło się w wodzie!

Mężczyzna poderwał się i wytężył wzrok, coś płynęło w ich kierunku. Marynarze zaniemówili widząc w wodzie ludzki kształt.

- Pomóżcie mu, to pewnie staruszek! – Janek rzucił linę.

Mężczyzna chwycił mocno jej drugi koniec, gotowy wciągnąć towarzysza na łódź. Postać złapała sznur i zanurzyła się gwałtownie wciągając go pod wodę. Marynarz z trudem starał się złapać powietrze.

- Janek, nic ci nie jest? Zaraz cię wycią...

- Aaa...! – wrzask urwał się w w chwili, gdy mężczyzna zniknął pod wodą.

- Janek?! Janek!

- Eryk! Nie pomożesz mu tak! – Kapitan złapał go za kołnierz, powstrzymując go przed skokiem.

- Zostaw mnie! - Wyszarpnął się i z całej siły uderzył kapitana w twarz. Mężczyzna, boleśnie uderzył o burtę, aż łódź się zatrzęsła. Eryk przewiązał się w pasie liną, a drugi koniec przywiązał do pokładu. – Jak szarpnę, to nas wyciągniecie.

Spojrzał na czarne lustro, na którym unosiła się czapka jego kamrata. Przełknął ślinę zmawiając ostatnią modlitwę i zanurkował. Zimna woda otuliła go, a zimno przeszyło aż do kości. Rozejrzał się, ale z braku światła widział jedynie parę metrów wokół siebie. Coś mignęło w polu jego widzenia. Najpierw zobaczył pionową płetwę, jak u olbrzymiego rekina, tyle, że ten rekin miał ręce. Te wielkie spięte błoną łapy przytrzymywały Jana, a bestia olbrzymią szczęką pożerała go kęs po kęsie. Mężczyzna z przerażenia wypuścił z płuc powietrze. Monstrum oderwało się od uczty i spojrzało na niego ludzkimi oczami.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 


Kochasz mnie? Czeka cię bolesna śmierć,
Lubisz mnie? Ze smakiem w całości pożrę cię,
Nienawidzisz mnie? Zaraz cię z radością zjem,
Zdradzasz mnie? Brutalnie topię cię,
Boisz się? Wieczność lękaj się mnie!

~*~

- Nie obijać się, szczury lądowe! Rysiek nie śpij, tylko bierz się za robotę! To nie rejs wycieczkowy, tylko moja łódź, do cholery! – Krzyk kapitana niósł się echem w nocnej głuszy. – Widzisz młokosie. Jak się jest kapitanem to trzeba mieć autorydet... atoryded... cholera!

- Autorytet? – Gilbert mruknął, odsuwając się od lekko spitego kapitana. Jeszcze parę godzin temu, poszedłby za tym człowiekiem w ogień. Teraz najchętniej uciekłby, gdzie pieprz rośnie.

- O, autorytet! – klepnął chłopaka po plecach, na co ten skrzywił się z bólu. - Trza umieć do roboty zagonić! Wstrętna zdzira z tego morza wiesz, młokosie? Zlekceważysz ją, a cię pożre żywcem. Już wolałbym bachora. – zaciągnął kolejny łyk z butelki.

– Trzymaj młody, za cichy jesteś! – szkło w jego dłoni zabrzęczało niepokojąco. Gilbert już chciał odmówić, ale widząc nieznoszący sprzeciwu wzrok pijanego kapitana, pociągnął spory łyk. Czując smak oleju lnianego z alkoholem, miał ochotę wszystko zwrócić na pokład. Cudem przełknął i oddał butelkę, obiecując sobie unikać tego specyfiku do końca życia.

- Ale dzieciuch z ciebie młokosie. Pić nie umiesz, świat schodzi na psy, ale nie bój żaby, do końca rejsu zrobim z ciebie swego chłopa. W końcu od morza nie uciekniesz. Ta zdzira, jest jak żona. Straszna, zrzędliwa i po dłuższym czasie ma jej się dość, ale tylko ona da ci jedzenie i kochanie za darmo. Takie jest morze. Widzisz młokosie, my marynarze mamy dwie żonki, jak jedna nam wejdzie pod skórę to idziemy do drugiej. – roześmiał się wniebogłosy, rozlewając trochę trunku na pokład. – Nigdy nie wiemy, która nas pierwsza wykończy! – zarechotał jeszcze głośniej, z własnego żartu, aż śmiech przerodził się w duszący kaszel. Z trudem złapał oddech, a jego twarz poczerwieniała od braku tlenu. Zaciągnął się morskim powietrzem i przekrwionymi oczami spojrzał na pracującą załogę. – Rysiek! Co ja ci mówiłem?! – wstał chwiejnie i ruszył w stronę rudego marynarza w średnim wieku.

Gilbert musiał przyznać, że lata na morzu nauczyły tego człowieka zachowywać równowagę przy największych wiatrach, nawet tych urojonych. Szybko doszedł do wniosku, że kapitan nie tylko równowagę ma dobrą, ale i spust, więc widząc jedyną taką okazję, szybko ulotnił się w stronę swojej kajuty.

- Ej, Gil, a ty gdzie? – młody mężczyzna zaśmiał się, poprawiając swoją białą czapkę i szczerząc wszystkie zęby. Gilbert skrzywił się widząc pomiędzy nimi pozostałości po kolacji. Marynarz oparł się o trzymany w dłoniach mop i uśmiechnął się jeszcze szerzej, widząc zakłopotanie chłopaka.

- Ja muszę... - mruknął, szukając wymówki do szybkiej ucieczki, nie miał zamiaru pozwalać sobie na powtórkę z rozrywki. Już miał palnąć pierwszą lepszą bajeczkę, gdy podszedł do nich o głowę wyższy od ich dwójki blondyn.

- Janek, daj mu spokój. Znasz kapitana, jeśli nie ucieknie teraz, to zostanie zapity na śmierć.

Gilbert wzdrygnął się odruchowo, był wstanie uwierzyć mu na słowo.

- E tam, przesadzasz – machnął ręką na przyjaciela. – Nie mamy tyle flaszek na pokładzie, a co Eryczku, wolisz zająć jego miejsce?

- Ja ci dam Eryczka!

Gilbert stał oniemiały, jakby nogi wrosły mu w pokład. Przed nim dwójka niewiele od niego starszych mężczyzn, wyglądających na nie więcej niż trzydzieści lat, właśnie toczyła bój na kije. Janek dzielnie bronił się swoim mopem, a Eryk niczym profesjonalista atakował wiosłem od łodzi ratunkowej, którą pochwycił, jak najwyższej jakości szable.

- A masz, ty szczurze lądowy! – Zamachnął się tak, że Gilbert musiał się odsunąć, by nie dostać ociekającym wodą, mopem.

- Oż, ty! Już nie żyjesz! Ty... ty, karaluchu! – Eryk sparował cios i sam zaatakował, próbując zachować powagę. Gilbert musiał przyznać, że niezbyt mu to wychodziło, bo zamiast wyrazu śmiertelnie obrażonego człowieka, wyglądał jakby za chwilę miał wybuchnąć śmiechem.

-Dzieci... - mruknął, przechodzący obok nich stary marynarz. Podniósł wiadro z brudną wodą i wkroczył miedzy zabawowiczów. - Koniec zabawy, bo poczujecie smak brudu pokładowego.

- Spokojnie staruszku! Po co te groźby, już wracamy do roboty. – Janek uniósł na znak poddania swój mop, a Eryk odłożył wiosło na miejsce. Starzec podszedł do niego i trzepnął go w potylicę głowy, z naburmuszoną miną.

- Au! A to, za co?

- Za kozaczenie i pustkę w łepetynie. Wiesz, co to jest?

- No, łódź ratunkowa, staruszku.

- A teraz wyobraź sobie, że jesteś na niej sam, na morzu i nie masz wiosła przez twoje głupie zabawy. – zgromił go spojrzeniem i trzasnął jeszcze raz, tylko tym razem w plecy. – A skoro chodź tyle do ciebie dotarło, to do roboty, a nie dziecinady odstawiacie.

Gilbert, czując, że jeśli teraz się nie ulotni, to i on dostanie reprymendę, ewakuował się sprzed ich wzroku. Dotarł do schodów, gdy z spod pokładu wyszedł czarnowłosy mężczyzna. Chłopak na jego widok zamarł, a po plecach przeszły mu dreszcze. Człowiek ten miał niezwykły na swój sposób wygląd. Ciemne włosy, oraz broda wydawały się, nie być strzyżone od paru miesięcy. Umięśniona sylwetka przytłaczała swoją siłą, ale nie to budziło w chłopaku niepokój. Gilbert wstrzymał powietrze, gdy dostrzegł, że twarz mężczyzny pokryta jest wieloma bliznami. Spuścił wzrok i poczekał, aż ten przerażający człowiek, go minie. Dopiero, gdy oddalił się, mógł z ulgą wypuścić powietrze.

Z niejakim zawodem uświadomił sobie, że nie tak wyobrażał sobie tę podróż. Miała to być wyprawa pełna wolności, a jak na razie z każdej strony czuł się przytłoczony na swój sposób. Westchnął zrezygnowany i marząc jedynie o ciepłym łóżku, albo przynajmniej hamaku pragnął pogrążyć się w krainie snów.

Zszedł pod pokład, gdy nagle grunt uciekł mu spod nóg. Z hukiem uderzył o drewniany pokład statku. Jęknął ocierając poobijane miejsca. Do jego uszu dotarł wrzask dochodzący z pokładu. Wiele głosów, niezrozumiale przekrzykiwało siebie nawzajem. Jego serce załomotało szybciej, a rozum podsuwał wszystkie straszne historie o rozbitych statkach, o pożartych przez rekiny marynarzach i innych równie nieciekawych sytuacjach. Gilbert podniósł się niemal natychmiast i pobiegł z powrotem na górę. Pokład był w totalnym chaosie. Dwóch marynarzy minęło go o mały włos nie tratując. Wszędzie biegali ludzie krzycząc do siebie jakieś polecenia.
 

 


Wiatr niósł cichą pieśń po morza toni. Melodia powtarzana przez ptaki, nad bezkresem wody, stawała się częścią jej fal, nosząc niezrozumiałe słowa przepełnione samotnością. Stary rybak potrząsnął ramieniem o połowę młodszego od niego mężczyzny, wyrywając go z zamyślenia.

- Nie słuchaj, bo woda lubi pożerać tych co słuchają jej szeptów – Uśmiechnął się życzliwie i powrócił do swoich obowiązków.

Gilbert jeszcze raz spojrzał na bezkres wody z nieodgadnionym spojrzeniem. Wrażenie, że coś go woła, zniknęło, ale zapierający dech w piersiach widok nadal upajał jego oczy. Potrząsnął głową z rosnącym uśmiechem i spojrzał na łódź, która właśnie w tej chwili otwierała mu drogę do całkiem nowego świata. Odetchnął morskim powietrzem, rozkoszując się dźwiękiem uderzających o statek fal. Słońce malowało niebo na podobieństwo tęczy, a woda niczym lustro odbijała cudowny pejzaż.

- Piękne, nieprawdaż? Tyle lat pływam po tych wodach, a nigdy nie widziałem nic piękniejszego.

Gilbert spojrzał na pooraną zmarszczkami twarz kapitana i bezgłośnie przytaknął. Bladoniebieskie oczy pałały dumą i mądrością, gdy patrzył na zachód słońca. Nic dziwnego, że to właśnie on pełnił najważniejszą funkcję na całym statku. Gilbert podążył za jego wzrokiem, niczym ślepiec za przewodnikiem. Złota kula na nieboskłonie z gracją dotknęła swojego odbicia, a woda pod jej naporem zafalowała. Twarz kapitana spochmurniała, a oczy wydawały się widzieć więcej niż oczy sokoła.

- Coś się stało?

Kapitan przez chwilę milczał, drapiąc się po starannie przyciętej brodzie. Następnie pokręcił głową, ze śmiechem klepiąc młodzika po plecach.

- Ma się te swoje lata, wzrok już nie ten sam. Trza uważać na orki, bo wydawało mi się, że jakąś widziałem.

Gilbert zmarszczył brwi. Był pewny, że nie widział, żadnej żywej istoty, ale nie śmiał tego powiedzieć na głos. W odpowiedzi tylko pokiwał głową nieprzekonany i spojrzał jak słońce zostaje powoli pożerane przez ocean. W głowie jak echo usłyszał słowa starego marynarza. W piersi serce obiło się gwałtowniej o żebra, a szum fal sączył mu do uszu szept oceanu.

  • awatar Lisa Angels: To nie jest nic poprawionego, to moje najświeższe opowiadanie, owszem kiedyś napisałam one-shota na temat syren, ale to będzie całkowicie co innego :D
  • awatar Seiti: Czy tego nie było już? To coś poprawionego? Jakbym już to czytała.
  • awatar Kowalski, opcje!: Och... Zapowiada się cudowna seria. Kontynuuj proszę, bardzo proszę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Moi kochani w ten świąteczny poranek, życzę wam wszystkiego najlepszego, smacznego jajka, mokrego dyngusa, zdrówka, weny i przede wszystkim czasu na wszystko i chęci. Życzę wam także rodzinnej atmosfery i wypoczynku(a nie samego sprzątania i gotowania ).



A wy macie już gotowe pisanki?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Stoję nad marmurowym grobem i już nie czuję kompletnie nic. Dni zlewają się z sobą, a to miejsce, od dnia pogrzebu nie ulega zmianie. Nawet deszcz nie przestaje wygrywać tych samych melodii, na kamiennej płycie. A pośród tego wszystkiego jestem ja, pusta, niemogąca wycisnąć z siebie ani jednej łzy. Czemu tu tkwię? To głupie, przecież powinnam wspierać zrozpaczoną mamę... ale nie potrafię... Nie umiem spojrzeć sobie w oczy, a co dopiero jej. To przeze mnie jego serce nieodwracalnie stanęło.

To ja, jej go zabrałam.

Czuję jak deszcz bombarduje moje ciało. Mokre ścieżki, tworzą szlaki na skórze. Lekka koszulka przykleja mi się do pleców, a mnie przechodzą lodowate dreszcze. Tak inne od żaru płonącego budynku.

Czasem mam wrażenie, że niebo ukradło mi zdolność do ronienia łez i płacze nieprzerwanie, naśmiewając się z mojej niemocy.

- Rai? – słyszę słowa, które zawsze wyrywają mnie z amoku. Ciepłe ręce delikatnie oplatają mój pas, uważając na poparzone plecy. Słyszę jak oddycha, a serce obija się o skórę. – Chodźmy.

Uświadamiam sobie, że deszcz przestał padać. Podnoszę oczy ku niebu i dostrzegam tęczową parasolkę, której materiał odgradzał nas od chmur. Chłopak nie czekając na odpowiedź, prowadzi mnie do mojego obecnego domu. Obchodzi się ze mną jak z lalką... nic dziwnego, skoro czuję się jak jedna z nich.

Zatrzymujemy się przed budynkiem, otwiera drzwi i prowadzi mnie do kuchni. Siadam na barkowym krześle, a on zajmuje miejsce obok mnie. Przez chwilę na siebie patrzymy i wtedy przed oczami staje mi ten pamiętny dzień, gdy obudziłam się w jego łóżku. Wtedy było podobnie. Odwracam od niego wzrok i spoglądam na wiszące na przeciwko mnie lustro. Tyle się zmieniło od tamtej chwili. Pomimo, że widok który widzę przed sobą sprawia, że chcę rozorać sobie twarz paznokciami, to, nie mogę przestać patrzeć. Jest w tym coś hipnotyzującego. Włosy przykleiły mi się do skóry. Blizna po oparzeniu, jeszcze nie do końca się zagoiła, przez co czerwony ślad ciągnie się od szyi, aż do policzka. Pewnie już nigdy się nie wyleczy... pozostanę szkaradztwem, już na zawsze.

Czuję jak coś lekkiego opada mi na głowę, a potem obraz przysłania mi fikuśny ręcznik w stokrotki.

- Powinnaś wziąć prysznic, albo przynajmniej się wysuszyć...

Odwracam się i widzę, jak chłopak krząta się po kuchni. Przez chwilę przyglądam się jego ruchom. Tak wiele dla mnie zrobił... a ja? Nie potrafię się w żaden sposób mu odwdzięczyć.

- Dziękuję - szepczę, sama nie będąc pewna, czy rzeczywiście te słowa wyszły z moich ust. Chyba to jest pierwszy raz, gdy odważyłam się coś powiedzieć od pogrzebu. - Dziękuję, za wszystko. Ja... - urywam, nie będąc pewna co chcę mu przekazać, spuszczam spojrzenie na swoje ręce. Gorączkowo myślę nad czymś, co mogłoby wyrazić bardziej dosadnie moją wdzięczność, a gdy nie znajduję odpowiednich słów, wstaję by uciec przed jego spojrzeniem. Jestem tchórzem... to jedno nie uległo zmianie. Nagle czuję jak jego ręce przyciągają mnie do jego torsu, a on sam zaczyna kołysać mnie jak dziecko.

- Rai - szepcze moje imię, a ja ufnie wtulam się w ciepłe ciało. Kładę głowę na jego ramieniu i tak bardzo jestem bliska łez. Spełnienia, które dałoby mi ulgę, że jestem niemal pewna, że spływają po moich policzkach. Ale tak nie jest. Moje oczy są suche, jak studnie na pustyni, a mokre szlaki, są jedynie wodą z moich włosów. Zaciskam dłonie na jego plecach. Z każdą sekundą czuję jak robi mi się cieplej. Nawet sobie wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że cała drżę.

Po dłuższej chwili, niechętnie się od niego odsuwam. Nasze oczy spotykają się na tej samej wysokości.

- Ja... - waham się, ale ostatecznie kręcę głową i robię krok do tyłu. - Chyba jednak wezmę ten prysznic.

Niemal wybiegam z kuchni i zamykam się w łazience. Opieram się o drzwi, oplatając się dłońmi. Czuję na sobie jego zapach, delikatny dotyk ciepłych rąk, a przed oczami mam jego piękne niebieskie tęczówki. Chowam twarz w dłoniach.

Jestem wyrodną córką, a jeszcze gorszą przyjaciółką.

__________________

No cóż ruszamy z Rêver, a ponieważ nie mam żadnego zapasu rozdziałów, to nie mam zielonego pojęcia, kiedy pojawi się następna część. No cóż, komentujcie, poprawiajcie, wytykajcie błędy, bo naprawdę mnie to motywuje do pracy
  • awatar Seiti: Czemu tak mało? Widać poprawę u Ciebie. Dawno nie czytałam i dostrzegam twój postęp. Brawo.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
  • awatar Zakira Luna: @Kowalski, opcje!: hahahah :D Widzisz Lisa? Ona na serio wygląda jak dziewczyna- nie tylko ja nie uwierzę, że to jest facet :P
  • awatar Kowalski, opcje!: Jaka śliczna!
  • awatar Seiti: Kogoś mi przypomina... hmm, tylko kogo. Czemu wszyscy muszą być wszechstronnie uzdolnieni? hę?! Ślicznie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
http://pl.anticlove.com/sponsorship/d6020e8c9c534417fab64d2e182921c9/17467
Prawdopodobnie wiele osób kojarzy Słodki Flirt, grę randkową, która od samego początku cieszy się popularnością. Szukałam czegoś podobnego po polsku i proszę Oto AnticLove. Bohaterka w którą się wcielamy dostaje się właśnie na studia na
archeologie w Egipcie. Jednak to co znajduje przerasta jej wyobraźnie. Magiczny wisiorek, tajemniczy wisiorek i sny.

Gra na początku jakoś nie porywa, ale to pewnie, przez to, że odcinki są tak by "nauczyć" nas co gdzie i jak. Trwają tłumaczenia odcinków, ale muszę przyznać, że z każdym jest coraz ciekawiej. Pomiędzy Amorisem a AnticLove jest jedna zasadnicza różnica. Tu nie chodzi tylko o podrywanie chłopaków(owszem tu też możemy dać się porwać swojemu wybrankowi), ale tutaj bardziej niż podryw intryguje tajemnica starożytnego Egiptu. Zapraszam i polecam
 

 
Zawsze bałam się tej chwili. Nawiedzała mnie w najgorszych koszmarach, a ja jedynie mogłam wyć z rozpaczy... Kiedyś na samą myśl o Twojej śmierci, byłam bliska płaczu... a teraz... deszcz imituje moje łzy. Czy jestem wyrodną córką? Zawsze tak bardzo Cię kochałam, byłam gotowa zrobić dla Ciebie wszystko, a jedyne co chciałam w zamian to miłość i duma. Jednak, pomimo wielu wyrzeczeń, czas pokazał, że miałeś rację...

Swoim istnieniem, doprowadziłam Cię do grobu.
____________________________
https://www.wattpad.com/myworks/62623068-berceuse

 

 
Opadłe liście kolorów złota zaszeleściły w tańcu omiatając nogi siedzącej na murku dziewczyny. Z nieodgadnionym spojrzeniem wpatrywała się w ich gonitwę, delektując się prawdopodobnie jednym z ostatnich ciepłych dni w tym roku. W dłoni obracała pomarańczowy liść klonu, delikatnie wachlując nim wilgotne powietrze. W milczeniu towarzyszył jej chłopak, który kątem oka studiował jej rysy twarzy, jakby na świecie nie widział niczego piękniejszego. Podmuch wiatru zwiał kosmyk jej włosów do oczu. Z westchnieniem odgarnęła niesforne pasmo i spojrzała z wyrzutem na swojego towarzysza.

- Co tu robisz? – warknęła mając nadzieję ukryć zażenowanie i lekkie wykwity na swoich policzkach.

- Zastanawiam się o czym myślisz. – stwierdził z ciepłym uśmiechem, który niemal zwalił z nóg nieprzygotowaną, na ten atak z zaskoczenia, dziewczynę. Schowała za włosami rumieńce i westchnęła. Jej wzrok spoczął na liściu trzymanym w dłoni. Okręciła go trzykrotnie, wpatrując się w jego żyłki, a następnie poluzowała uchwyt. Wiatr poniósł go ku górze, by po chwili dołączył do tańca swych pobratymców. Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę w tęsknym spojrzeniem.

- Marzeniach. – wyszeptała, ale widząc nierozumiejącą minę chłopaka, przełknęła ślinę i sprecyzowała już głośniej - Myślę o wszystkich niespełnionym marzeniach.

Zapadła kolejna chwila milczenia, przy akompaniamencie szumu liści. Chłopak przysunął się odrobinę, zmniejszając dzielącą ich przestrzeń.

- A o czym marzysz?

Pytanie zawisło między nimi. Dziewczyna już miała się roześmiać, ale widząc jego poważny wyraz twarzy przełknęła głośno ślinę. Serce zaczęło boleśnie wyrywać się z jej piersi, a policzki przybrały kolor dojrzałych buraków. Czuła jego obecność, a myśli podsuwały wszystkie marzenia jakie nie miały prawa się spełnić. Zaśmiała się nerwowo oblizując wargi. Przybrała swobodny wyraz twarzy jakby zaraz miała powiedzieć przezabawny żart.

- O pocałunku w deszczu. – zaśmiała się mając nadzieję, że chłopak nie potraktuje tego na poważnie. W jego oczach coś błysnęło. – A ty? – zapytała nie chcąc, by w rozmowę wkradło się niezręczne milczenie.

Chłopak nachylił się i z uśmiechem drapieżnika wyszeptał jej do ucha.

- Żeby zaczęło padać.
_________________________
Hej Po tej naszej słodkiej historii, chciałam się pochwalić, że... Berceuse zostało poddane korekcie, zarówno błędowej jak i fabularnej Jak czas i chęci pozwolą, to prawdopodobnie, pojawią się tam wszystkie moje poprawki
Mój wattpad dla zainteresowanych:
https://www.wattpad.com/user/Livli5
  • awatar Gość: ech.. a ja tak nie lubię deszczu - a on ciągle pada i pada
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
www.wattpad.com/user/Livli5

Zainspirowana postem Zakiry, postanawiam napisać bliźniaczy post. Dostałam pozwolenie, to teraz będę hulać! XD

Właśnie nadeszło najgorsze.

Otóż od jakiegoś czasu mam wrażenie, że Pinger pod kątem opowiadań dla mnie powoli umiera. Może to tylko chwilowe wrażenie, ale wszyscy coraz rzadziej dodają rozdziały, a nawet, jeśli coś już jest, to mój wredny telefon zabił mi Pingera i momentalnie mnie z niego wyrzuca!

Z tego powodu(i paru innych, a mianowicie motywacji to poprawiania, pisania itp.) zapraszam was kochani na WattPada, postanowiłam publikować tam poprawione wersje swoich opowiadań, oczywiście tu będę dalej publikować, ale możliwość aplikacji na telefon całkowicie podbiła moje serce.

Postanowiłam, że jak już opublikuję jakąś poprawkę to będę powiadamiać pod rozdziałami tutaj.

Jeśli masz już konto, to zostaw link, a z pewnością zajrzę. A jeśli nie masz, to nie wahaj się założyć, bo nie pożałujesz
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 


Rozdział 27
- To mają być nasze wierzchowce? – zapytała sceptycznie Rakszasa, przyglądając się pająkom wielkości konia, z przywiązanymi do odwłoków koszami. - W życiu nie wsiądę na to paskudztwo!
- Ciszej! Bo jeszcze cię usłyszą! – warknął Meph, podchodząc do pajęczaka i przymocowując do jego odwłoka swoje rzeczy.
- Jak ci nie pasuje, to możesz iść na piechotę.
Spojrzała wilkiem na Eylassa. Co jak co, ale miała nadzieję, że stanie po jej stronie. Podniosła dłoń do ust i nerwowo przygryzła paznokieć. Wtedy dostrzegła Ashę, która przy pomocy Mroka taszczyła Erabre. Rakszasa uniosła znacząco brew, po czym uśmiechnęła się.
- Pomogę ci!
Podbiegła do nimfy i pomogła ściągnąć młodego Dragona, z grzbietu pantery.
- Dziękuję – Asha uśmiechnęła się z wdzięcznością i położyła go na koszu największego pająka.
- Ym… Asho… Czy… czy musimy jechać na tym? – wskazała palcem zwierzę.
Nimfa oderwał się od swojego zajęcia i spojrzała na dziewczynę.
- To najlepszy środek transportu w tym rejonie.
- Chyba najbrzydszy… nie mieli czegoś innego?
- Mieli, ale one były najtańsze.
Rakszasa nadęła policzki oburzona. Miała jechać tym czymś, tylko dlatego, że było najtańsze?!
- Mogę dołożyć z moich oszczędności, ale nie chcę na tym jechać! – jęknęła błagalnie.
Asha westchnęła.
- Posłuchaj mnie dziecko… musisz uwierzyć mi na słowo, że wybraliśmy najlepszą możliwą opcję.
- Nic nie muszę. - odwróciła się na pięcie i poszła do handlarza wierzchowców. Wszyscy odprowadzili ją spojrzeniem.

Po paru minutach wróciła z kwaśną miną. Jeszcze nigdy nie widziała tylu szkarad w jednym miejscu. A najgorsze z nich było ośmiornico podobne bydle, wielkości słonia, które kosztowało fortunę. Dziewczyna zastanowiła się, kto by chciał to paskudztwo.
- I jak? – zapytała Asha zadowolona z siebie.
Rakszasa burknęła coś w odpowiedzi i cudem przemogła się do jednego z pająków, który w porównaniu z ośmiornicą, dżdżownicą i ślimakiem, był całkiem znośny. Spojrzała zniesmaczona na Mephisto, który mruczał coś do tej szkarady. A tym bardziej, gdy z między urywkami słów usłyszała „Puszek”. Czekała ją najgorsza wycieczka w życiu…

Rakszasa ze zdumieniem stwierdziła, że podroż na pająku o dziwo jest bardzo wygodna. Zwierze poruszało się zwinnie i nie straszne były dla niego najgorsze wyboje. Gdyby nie owłosione nogi i przerażające oczy, zdecydowanie zaliczyła by go do najlepszego wierzchowca, na jakim miała okazję jechać. Mijały godziny. Asha, by zabić czas opowiadała jej o swoich przygodach. Niezwykłym widoku zachodzącego słońca, wyjątkowych mieszkańcach królestw, o stworach wielkich jak góry, o wróżkach, które bez problemu można by zamknąć w dłoniach, a Rakszasa słuchała tych historii nie mogąc pojąć jak jej mały świat był do tej chwili ograniczony. Asha właśnie skończyła opowiadać o gaju Aterie.
- Chciałabym zobaczyć te drzewa.
- Cze mu nie. Mogę ci pokazać, ale to dopiero po kolacji.
Nimfa uśmiechnęła się widząc zdumioną twarz dziewczyny.

Mijały kolejne godziny, a ekscytacja zżerała Rakszasę od środka. Niemal połknęła na raz cały posiłek i spojrzała wyczekująco na nimfę. Asha zachichotała i odłożyła swoja porcję.
- No dobrze, od czego by tu zacząć… ach no tak…
Podniosła mały kamyk i obróciła go trzy razy. Pomiędzy jej palcami tańczyły małe duchowe rybki, by przy trzecim obrocie wpłynąć w skałę. Na ich oczach kamień zaczął przeobrażać się w miniaturę drzewa. Na jego widok Rakszasa wstrzymała oddech. Było piękne. Pień stworzony był z zrośniętych z sobą kwiatów, przypominających konwalie. Z gałązek wyrastały błękitno fioletowe liście. Raisa dotknęła jednego z nich, a one poderwały się do lotu, dopiero wtedy dostrzegła, że to były motyle. Iluzja zniknęła.
- To było… niesamowite! – krzyknęła nie mogąc znaleźć innego słowa na widziane przed chwilę cuda. Spojrzała na Ashę i zamarła. Nimfa patrzyła tępo na leżący na dłoni kamień, był w niektórych miejscach całkowicie stopiony, a skóra, której dotykał niebezpiecznie się tliła. Przechyliła dłoń, a kamień zsunął się rozsypując się na popiół.
__________________
Taki sobie ale więcej nic nie wymyślę...
 

 
Rozdział 26
Asha właśnie przewróciła się na drugi bok, miętosząc delikatnie sierść Mroka, który służył jej za swego rodzaju poduszkę, gdy obudził ją wrzask. Przetarła zaspane oczy i spojrzała w ciemność pokoju. Poczuła jak ktoś dłonią knebluje jej usta.
- Ci… - Już miała się wyrwać, gdy dostrzegła stojącego przed sobą Mephisto. Trzymał palec na ustach, nakazując jej milczenie. Kiwnęła głową, a diabeł zabrał rękę, uważnie nasłuchując krzyków z zewnątrz. Mrok poruszył się niespokojnie strzegąc nerwowo uszami. Asha wstała i po cichu obudziła Eylassa i Rakszasę. Kazała im szeptem, spakować najważniejsze rzeczy, w razie, gdyby musieli szybko się ulotnić, a sama dołączyła do diabła, który już sprawdzał przez uchylone drzwi co się dzieje na zewnątrz. Z głośno bijącym sercem spojrzała przez ramię chłopaka i zamarła. Parę metrów od drzwi stał wielki, przypominający cień stwór, próbujący rozszarpać na strzępy jakiegoś nieszczęśnika. Asha wstrzymała oddech i gdy bestia cofnęła się, by znów zaatakować, poznała w ofierze Erabre. Wrzasnęła, z opóźnieniem zasłaniając sobie usta. Cień obrócił swój koci pysk zakończony ptasim dziobem w ich stronę. Nastroszył olbrzymi jaszczurzy ogon i pokryte ostrymi, czerwonymi piórami skrzydła umieszczone na kocich łapach, poczym rzucił się w ich stronę. Diabeł z całą siłą zatrzasnął drzwi.
- Biegiem! – złapał ją za rękę i pociągnął w głąb izby.
- A Erabre?!
- Teraz mamy gorszy problem! – warknął, akurat w momencie, gdy bestia roztrzaskała drzwi. Potrząsnęła łbem, który pod wpływem tego ruchu stracił ostrość, tak jakby był z dymu. Dobiegli do tylnych drzwi, gdzie czekali na nich Eylass i Rakszasa. Wybiegli na zewnątrz, ale stwór był szybki i niemal natychmiast ich dogonił. Już miał się na nich rzucić, gdy drogę zagrodził mu Mrok. Nastroszył sierść, syknął ostrzegawczo, a następnie zaatakował. Łapa przeszła przez niego jak przez ducha, cień warknął i zamieniła się w dym, który chwilę później całkowicie zniknął.
- Co to było? – zapytała drżącym głosem Rakszasa. Wszyscy spojrzeli po sobie.
- To był nagracug… chyba… - stwierdził Mephisto, marszcząc brwi. – jeszcze nigdy nie widziałem takiego… Szczęście, że był z nami Mrok.
Wszyscy przytaknęli.
- Czas się stąd ulotnić. – mruknął Dragon i razem z panterą poszli zabrać resztę rzeczy. Asha patrzyła przez chwilę w miejsce gdzie zniknęła bestia. Zaczęła iść przed siebie, a następnie biec nie zważając na wołania Mephisto. Dobiegała do miejsca, gdzie widziała Erabre. Chłopak leżał nieprzytomny, ale na szczęście oddychał. Przyjrzała mu się sprawdzając, czy nie został ranny, ale zauważyła na jego ciele nawet zadrapania. Zmarszczyła brwi nie rozumiejąc jak mógł ujść cało podczas spotkania z tą bestią. Potrząsnęła głową i stwierdziła, że może to był czysty fart, który uratował mu skórę.
- I co wykorkował wreszcie?
- To nie jest zabawne Meph. – oburzyła się Asha. – Na szczęście nic mu nie jest.
- A to dzieciak w czepku urodzony. Może to była jedynie zjawa?
- Zjawa? Widzisz te drzwi? Jak na ducha, miało sporo pary w łapach. – Asha złapała Erabre pod rękę – pomóż mi go podnieść.
- Po co?
- Nie zostawię go przecież tutaj samego.
- Twój kochaś, ty go noś.
- Pamiętaj, że to ciało twojej żony.
Meph spojrzał groźnie na nimfę.
- Nie zapominaj się… - wysyczał przez zaciśnięte zęby – gdyby nie to, że zabicie ciebie, oznaczałoby zabicie jej, to już dawno byłabyś martwa.
Po czym zostawił ją samą, z nieprzytomnym chłopakiem.
  • awatar Lovely Mess: Ciekawe :)
  • awatar zamek1989: rozdział cudny uwielbiam twoje opisy !!!!!miałam ciarki czytając go!!
  • awatar Zakira Luna: Świetnie dobrana muzyka! Idealna na moje tempo czytania :D Ale o mało nie zeszłam na zawał, czytając o Erabre- wiesz że mam do niego słabość... Mrok służący jako poduszka i obrońca... znam kocura który by się do tego nadawał :D Za to z Mephista wychodzi rasowy dupek. Kropka :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Rozdział 25
Nieważne ile razy pytała nikt nie chciał jej wytłumaczyć relacji rodzeństwa Dragonów i Ashy. Wszyscy zbywali ją jakby była uciążliwym pasożytem, co jeszcze nigdy jej się nie przydarzyło. Rakszasa od zawsze potrafiła okręcić sobie ludzi wokół palca, a teraz miała wrażenie, że jest niewidzialna. Pierwszy raz zatęskniła za swoją mistrzynią, w dawnym domu nieważne co zrobiła, wszystko uchodziło jej na sucho. Ze złością zacisnęła pięści, przysięgła sobie, że ukarze ich za ten brak szacunku. W końcu była uczennicą wiedźmy, zrobiłaby to już teraz, ale podstawowym problemem był fakt, że poza diabłem i kotem, wszyscy się gdzieś ulotnili, a zdecydowanie nie chciała się zgubić w nieznanym sobie miejscu. Zacisnęła ze złością pięści i usiadła naprzeciwko całkowicie ignorującego ją diabła.
- Czemu wszyscy robią z tego taką tajemnicę? – mruknęła naburmuszona.
Mephisto westchnął zrezygnowany, tam mała trajkotała więcej niż wszystkie kobiety razem wzięte, jakie poznał w życiu.
- Wczuj się w sytuację i zostaw pytania dla siebie.
- Ale ja chcę wiedzieć o co się pokłócili! – w oczach stanęły je łzy, na co Meph spojrzał z politowaniem.
- A ja chcę byś się zamknęła.
Rakszasa napowietrzyła się i jedynie zmierzyła chłopaka urażonym spojrzeniem. Od teraz zamierzała nie odezwać się do niego ani słowem. A przynajmniej boczyła się o to przez następne piętnaście minut, aż stwierdziła, że od bezczynnego siedzenia, woli męczyć diabła, aż nie wyciśnie z niego czegoś ciekawego.
- Nie uwierzycie…
Gdy Asha z Eylassem wrócili, aż zdębieli czując żądze mordu jaką rozsiewał wokół siebie Mephisto i niewzruszoną dziewczynę w ciąż zadającą jakieś pytania. Ich mała wojna właśnie zaczęła osiągać limit. Jedno i drugie miało ochotę rozszarpać na strzępy swojego rozmówce. Z wrażenia, aż zapomnieli co chcieli im powiedzieć. Rakszasa oderwała się od pojedynku na słowa i z radością przywitała Eylassa. Zaskoczony tym entuzjastycznym przyjęciem, spojrzał w niemal świecące się od podziwu oczy dziewczynki. Teraz wiedział czemu wiedźma się jej pozbyła. Ta wielbiąca mina w każdym calu była przerażająca. Miał wręcz wrażenie, że do jego ramienia doczepił się mały prześladowca, który był gotowy wyznać mu wszechmocną miłość i zabić, w razie gdyby nie sprostał jej oczekiwaniom. Wzdrygnął się na sama myśl, co spotęgował fakt, że nie wiedział czym sobie na to zasłużył.
Asha zachichotała widząc jego minę.
- No to już nie mamy problemu, kto się będzie nią zajmował.
- Nie… ja… - próbował odkleić od siebie dziewczynkę, ale ta trzymała go w żelaznym uścisku. Westchnął zrezygnowany. Nachylił się do niej.
- Rakszaso, możesz mnie puścić?
- A muszę? – zapytała robiąc maślane oczy.
- Tak.
- Puszczę jak powiesz mi... – urwała widząc spojrzenie morderczy wzrok mężczyzny. Odkleiła się skruszona i uciekła od niego jak najdalej.
Mephisto uśmiechnął się triumfalnie i zwrócił się do stojącej w drzwiach dwójki.
- W co nie uwierzymy?
- A no tak… udało nam się wynająć wierzchowce, dzięki temu czas drogi znacznie się skróci. – Asha uśmiechnęła się – I doszły nas słuchy o aktywnym wulkanie.
Rakszasa zdziwiona utkwiła wzrok w nimfie.
- Tam prawdopodobnie znajdziemy następną wiedźmę.
- W aktywnym wulkanie? – zapytała sceptycznie.
- A czemu by nie? To idealne miejsce do zamieszkania. Cicho, spokojnie, ciepło i lampy nie potrzebne… czego chcieć więcej?
- Chyba za ciepło…
- Marudzisz. Czego cię ta Kyrie uczyła, że masz tak mało wyobraźni. Czego jak, czego, ale bez tego ani rusz. Możesz być najpotężniejszą istotą na świecie, ale gdy zabraknie ci tej jednej umiejętności, to jesteś na samym dnie.
- Ta… - wywróciła oczami. – Jeszcze mi powiedz, że od tak sobie do tego wulkanu wejdziemy.
- Oczywiście, że tak, założę się, że Inferno ma tam bardzo przyjazne mieszkanko i o ile nie żywi do mnie nadal urazy, to nas przyjmie z radością.
-… Czekaj… jakiej urazy?
- A tam… Dawne czasy… nigdy nie była pamiętliwa. Wyruszamy jutro. Wyśpijcie się.
To nie przekonało Rakszasy nawet w najmniejszym stopniu.
________________
Ten rozdział był dla mnie męczarnią...
  • awatar Zakira Luna: Za to czytanie go było cudownością :D (Słowotwórstwo to chyba mój nowy znak rozpoznawczy XD) Maślane oczka zawsze działają- sprawdzone, ale po tym jak on ją potarktował, widać że musi jeszcze poćwiczyć:P jedna wada: za krótko!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›