Wpisy użytkownika Lisa Angels z dnia 23 maja 2015

Liczba wpisów: 1

livli5
 
Dzisiaj przeżyłam jeden z najgorszych dni w mojej szkolnej karierze. Nigdy dotąd nie pisałam w jednym tygodniu tylu sprawdzianów, a co gorsza ponad połowy nie zaliczyłam… Na domiar złego dzisiaj pokłóciłam się z Arturem. To, że jest moim przyjacielem z dzieciństwa nie upoważnia go do pomiatania moją osobą. Jak teraz pomyślę, co ten drań robił mi przez te wszystkie lata, to aż mam ochotę wysadzić wszechświat w powietrze. Te wszystkie upokorzenia. Wywlekanie starych spraw i niewygodnych faktów z mojego życia, jedynie dla poklasku innych. Jednak dzisiaj stanowczo przeciągnął strunę. Nie miał prawa wyśmiewać się z mojego wzrostu i bezradności. Tak jestem ciapą, wysoką ciapą. Niestety nie wynaleźli lekarstwa na bycie życiową ofermą. Musi się z tym pogodzić. Jakoś nigdy mu nie przeszkadzała moja niezdarność. Jednak nie to mnie uderzyło najbardziej, to był jedynie wierzchołek góry lodowej. Otóż weszli na bardzo niewygodny dla mnie temat. Miłość… tak… jestem w tym zielona jak liście na wiosnę. A czemu? Bo skrycie kocham tego egoistycznego drania od dobrych siedmiu lat. Co gorsza, ostatnio zaczął spotykać się z różnymi dziewczynami, zmieniając je jak rękawiczki. Można powiedzieć, że jakoś to przebolałam, w końcu nie ma szans, by przestał we mnie widzieć chłopczycę, z którą się kolegował od przedszkola… Więc czemu znowu patrzę się na jego plecy i próbuje odgadnąć, co teraz myśli? Widocznie jestem większą idiotką niż przypuszczałam.
- Raisa, rozwiąż to zadanie – Podnoszę wzrok na grubą nauczycielkę o włosach w kolorze zachodu słońca. Szkoda, że to jedyny pozytywny akcent jej osoby. Po chwili wpatrywania się w jej pooraną zmarszczkami twarz, przenoszę wzrok na tablice, gdzie widnieje jakże cudowne zadanie z trygonometrii. Podnoszę się z ociąganiem, starając sobie przypomnieć coś z tej czarnej magii. Zresztą jeszcze nie dawno byłam uważana za osobę, która doskonale zna jej tajniki. Jak widać ta pozycja nie była zbyt trwała. Pierwszy krok, i czuje jak tracę równowagę. Uderzam boleśnie ręką o róg ławki, starając się nie wyczyścić swoją osobą ziemi. Syczę z bólu, który promieniuje na całą rękę i z wściekłością zerkam na zaplatany wokół nogi plecak, który jak na złość zapałał do mnie miłością, na moje nie szczęście bardzo zaborczą. Najwyraźniej mój ból wydaje się dla innych niezłą rozrywką, bo po klasie przechodzi fala stłumionego śmiechu. Przynajmniej oni się dobrze bawią. Zagryzam zęby, a gdy wreszcie uwalniam się z macek plecaka, podchodzę do zielonej tablicy, z białymi cyframi wypisanymi w skomplikowanych układach. Wzdycham biorąc do ręki kawałek kredy. Zadanie jak się okazało, było o wiele trudniejsze, niż zakładałam i rozwiązanie go zajęło mi ponad dziesięć minut.  Odgłos odkładanej przeze mnie kredy zagłuszony został skrzypieniem fotela, który był równie stary, co kobieta, która przed chwilą na nim siedziała. Jej twarz wyraża skrajne niezadowolenie. Jakby połknęła muchę albo coś.  
- Ile razy mam ci powtarzać, że tego nie robi się w ten sposób?
Najlepiej całe, życie, bo i tak zawsze będę robić to tak samo. Ile bym dała, by móc to powiedzieć, jednak dobre wychowanie nie pozwala, by myśli zamieniły się w słowa. Po prostu nie odzywam się. Czasem lepiej milczeć, niż popaść w niełaskę, szczególnie, gdy jest się na jej skraju. Nie mam zamiaru dolewać oliwy do ognia.
- W ogóle się nie uczysz. Z ostatniego sprawdzianu dostałaś niedostateczny, a do tego twoja postawa jest naganna. Nie uważasz na zajęciach. Jeśli nie zmienisz swojego zachowania i nie zaczniesz się uczyć, to z całą pewnością zobaczymy się w sierpniu.  – W tym momencie widać, że chce jeszcze coś powiedzieć, ale przerywa jej dzwonek. Spuszczam zaszklony wzrok i idę do ławki po swoje rzeczy. Czuje jak inni wbijają swoje pełne kpiny spojrzenie w moją osobę. Nie cierpię tego. Takie upokorzenie i to przy całej klasie. Zagryzam nerwowo wargę, pakując książki do plecaka i wychodzę, jako jedna z pierwszych. Mam zamiar się gdzieś zaszyć, by nikt mnie znalazł. Wtedy dopiero będę mogła dać upust emocjom, jednak najwyraźniej los jest dla mnie szczodry i nie da mi trwonić czasu. Już po chwili wokół mnie pojawia się Artur ze swoją świtą. I… tak, jak zawsze zaczyna swój teatrzyk.
- A cóż to się stało z naszą cudowną matematyczką? Czarnoksięstwo nie jest już twoim konikiem? – Gdyby nie fakt, że brzydzę się przemocą, to rozkwasiłabym mu tą uśmiechniętą buźkę. Sama jego obecność działała mi na nerwy, co dopiero jego gadka.
- Daruj sobie, nie mam nastroju – warknęłam, trochę ostrzej niż zamierzałam i przyspieszyłam kroku.
- Znajdź sobie chłopaka, to i nastrój ci się znajdzie. – Zatrzymałam się i wściekła zgromiłam go wzrokiem.  – A sorki zapomniałem, przecież nikt nie będzie chciał dziewczyny amazonki i jednocześnie ofermy.
Jego słowa, przelały miarę goryczy. Poczułam jak serce boleśnie zaciska się, uwalniając wszystkie tłumione emocje. Zagryzam język do krwi, by się nie rozpłakać.  
- Trudno – wyszeptałam smutno i ruszyłam do szatni. Wiem, że tylko żartował, jednak jego słowa mocno mnie zraniły. Wiem, że nie jestem pięknością i nie mam charakteru, który by porywał tłumy, ale usłyszenie tego od osoby, w której się podkochuje od paru lat, jest bardzo… bolesne. Idę prawie na oślep nie zwracając uwagi na otoczenie. Po prostu chce, jak najszybciej opuścić szkołę. Schodzę do szatni po schodach i szukając jednocześnie w plecaku kluczyka, podchodzę do szafki. Gdy moje palce napotykają zimną stal, wyciągam kluczyk i wkładam go do zamka, jednak, gdy próbuje go przekręcić, ten nawet nie drgnie. Siłuje się jeszcze chwilę z urządzeniem, gdy do moich uszu dociera specyficzny dźwięk łamania metalu, a moja ręka traci oparcie. Z zaskoczeniem wpatruje się w złamany kluczyk. Świat sobie chyba ze mnie żartuje. Wściekła uderzam w niebieskie drzwiczki szafki, a z moich ust wydobywają się słowa, o których znajomości sama się nie podejrzewałam. Czuje jak moje oczy robią się mokre. To chore, czemu znów ryczę? To tylko nic nie ważny kluczyk…
- Coś się stało? – Speszona prędko wycieram oczy i starając się ukryć zapłakane oczy, lokalizuje właściciela głosu. Adam stał z zatroskaną miną patrząc się na mnie jak na jakiegoś zbitego psa. Dzięki, jak tak dalej pójdzie to awansuje z ofermy na bezdomne zwierzątko. Czując, że moje oczy są już w całkiem dobrym stanie, podnoszę na niego wzrok i uśmiecham się krzywo.
- Złamał mi się kluczyk – wzdycham i opieram się o ścianę, po której zjeżdżam w dół, by wreszcie usiąść i ze zrezygnowaniem wzruszyć ramionami. – Wszystkie nieszczęścia świata się na mnie zaprzysięgły. – Mamrocze, odchylając głowę do tyłu. Jakim zaskoczeniem było, gdy chłopak wyciągnął ku mnie dłoń. Był jednym z kolegów Artura, jednak, jako jedyny nigdy nie wyśmiewał się ze mnie.
- Daj, coś wykombinujemy. – stwierdził uśmiechając się pokrzepiająco. Podałam mu resztę kluczyka i z nie małym zainteresowaniem patrzyłam, jak mocuje się z zamkiem. Nie mam pojęcia jak to zrobił, ale po dziesięciu minutach, szafka stała otworem.
- Łał, wielkie dzięki. Jesteś niesamowity. - No serio, pierwszy raz widziałam coś takiego. Kto normalny potrafi otworzyć szafkę z złamanym kluczykiem w środku? – Gdzie się tego nauczyłeś? Tylko nie mów, że prowadzisz nielegalną firmę włamywaczy – żartuję, wyciągając kurtkę, z wnętrza mojej własnej przestrzeni, jaką łaskawie podarowała nam szkoła. Zakładam czarny płaszcz i z szerokim uśmiechem podchodzę do chłopaka. – Jeszcze raz dzięki, kiedyś się odwdzięczę.
- To może wpadniesz do mnie na imprezę urodzinową tę sobotę? Miałem cię wcześniej zaprosić, ale Artur zawsze zabierał mi możliwe okazje.
Dobrze, że w pomieszczeniu nie ma lustra, bo w życiu nie chciałabym widzieć wyrazu swojej twarzy w tym momencie. Zapewne wyglądam tak jakbym zobaczyła latającą świnie. Na moje policzki robią się czerwone, a ja zakłopotana wyginam swoje długie palce. Co robić? Niby nic nie robię w ten weekend, jednak nie przepadam za tego typu wydarzeniami. Ale z drugiej strony… Adam naprawił mi szafkę. Nie często byłam zapraszana przez kogoś innego niż przez Artura.
-  Chyba mogę… - zaczynam, a jego wyraz twarzy momentalnie zmienia się z wyczekującego, w rozradowany.
- To świetnie, przyjdź do mnie o osiemnastej. Muszę lecieć, bo zaraz mi ucieknie autobus. Cześć. – Chłopak ulotnił się tak szybko jak się pojawił, zostawiając mnie samą z sobą. Co to było? Adam wydawał się być trąbą powietrzną, która wkradła się w moje myśli i wymiotła wszystkie problemy, pozostawiając jeden zasadniczy. Co ja na siebie założę na tą imprezę.
Wróciłam do mojej nieszczęsnej szafki i zapakowałam jej zawartość do plecaka. Zepsucie zamka zgłoszę dopiero jutro, bo prawdopodobnie woźna już skończyła pracę, a na wizytę u dyrekcji, nie mam ochoty. Po zapięciu ledwo trzymającego się w szwach plecaka, wychodzę ze szkoły i… jakby inaczej wita mnie wiosenny deszcz, który z każdą chwilą zbliża się do osiągnięcia miana ulewy. Wzdycham i mocnej opatulam się płaszczem. Raz kozie śmierć. Ruszam na spotkanie z zimnymi kroplami, które z wielką radością bombardują moją osobę. Zabawa w sprintera nie pomaga i już po pięciu minutach, nie mam już po co biec. Jestem cała mokra.
- Cudownie. – Resztki dobrego nastroju odlatują w niepamięć i wraca dobra, stara ja. Moja mina przypomina wyraz mokrego kota. Nieprzystosowane do deszczu buty, nieprzyjemnie świszczą, a w ich wnętrzu mogłabym hodować rybki. Brązowe włosy lepią się do mojej twarzy, jakbym, co najmniej wyszła z basenu. Odliczam kroki pozostałe mi do osiągnięcia mojego celu. Nieduży dom o białych ścianach, który po kolejnych pięciu minutach wyrasta przed moimi oczami, zwiastuje, że za chwilę będę mogła cieszyć się gorącą kąpielą. Wchodzę na posesje, oczekując powitalnego szczekania, jednak nic się nie dzieje. Nawet pies siedzi w ciepłym, suchym domu. Prycham niezadowolona i otwieram drewniane drzwi. Wchodzę do pomieszczenia i przeglądam się w lustrze, które wisi centralnie obok wejścia. Pięknie. Mokre ciuchy lepią się do mojego pulchnego ciała, a długie kręcone włosy, pod ciężarem wody całkowicie się wyprostowały, nadając mi wygląd wiedźmy. Nawet nie chce myśleć o tym, ile mi zajmie suszenie moich niesfornych kłaków. Nie mija więcej niż dziesięć minut, od mojego przyjścia, do chwili, gdy zanurzam się w ciepłej wodzie. Tego mi było trzeba. Relaksu. Kąpieli. Nie wiem czemu, jednak zawsze w takich chwilach zapominam o całej niesprawiedliwości świata i całkowicie się odprężam.
- Raisa! Raisa wyłaź! – upierdliwy głos wżyna się w moją czaszkę, budząc mnie z drzemki. Nawet nie wiem, kiedy usnęłam, jednak musiało to być dość dawno, bo woda zdążyła całkowicie ostygnąć. Wzdrygam się zdając sobie z tego sprawę i szybko wychodzę z wanny. Dopiero po wytarciu się i założeniu ciepłych ubrań, doprowadzam ciało do odpowiedniej temperatury. Jednak nadal nie przestaję się trząść.
 - Raisa!
- Już wychodzę! – odkrzykuję, zawiązując włosy w ręcznik. Przeglądam się jeszcze raz w lustrze i niezadowoleniem zerkam na przekrwione oczy. Zielone tęczówki wpatrują się we mnie nieodgadnionym spojrzeniem. Zabawne. Bardzo zabawne. Odrywam wzrok od swojego obicia i wychodzę z łazienki, gdzie czeka zdenerwowana mama.
- Nie strasz mnie tak więcej, odzywaj się, gdy cię wołam. – Grozi palcem i sama wchodzi do łazienki.
- Przepraszam – mamroczę, ze skruchą do jej znikających za drzwiami pleców. Nadal trzęsąc się z zimna idę po schodach do swojego pokoju, gdzie chwilę później znikam pod ciepłą kołdrą pogrążona w głębokim śnie.  
       Rano obudziłam się wyjątkowo punktualnie i po wykonaniu codziennych czynności, nad którymi już przestałam się nawet zastanawiać poszłam do szkoły. Dzisiaj jest piątek. A to oznacza, że pierwsza jest historia. Mam nadzieje, że mnie nie zapyta z poprzedniego sprawdzianu. Nie to żebym nie umiała, jednak nie mam pamięci do dat i nazwisk. Po prostu nie jestem wstanie ich zapamiętać. Z sercem na ramieniu przekraczam próg szkoły, po drodze zachodzę do woźnej i pokazuję jej zepsuty zamek. Nie myślałam, że to będzie tak poniżające. Cały czas stałam odpowiadając, na wciąż powtarzające się pytania „Jak to zrobiłam?”. Sama chciałam znać odpowiedz na to pytanie. Po wykładzie, na temat większej ostrożności i szanowania mienia szkoły, poszłam na historię. Rozglądałam się za Anią, jednak jak widać nadal jest chora i nie prędko się pojawi na zajęciach. Trochę jej zazdroszczę. Przynajmniej nie musi się stresować o pytanie na lekcjach. Siadam pod ścianą i wyciągam z plecaka zeszyt pełen skomplikowanych nazwisk i dat. Nie rozumiem po co uczyć się nazwisk osób, które już nie żyją. Przecież nie będę miała nigdy z nimi do czynienia, ale najwyżej edukacja przewiduje cofanie się w czasie, więc, chcąc nie chcąc muszę się ich uczyć. Jak ich spotkam to wygarnę im te wszystkie godziny, jakie przez nich straciłam. Podnoszę wzrok i dostrzegam, zbliżającą się w moim kierunku niską kobietę przypominającą skrzata. Oto nasza profesor od historii. Po otworzeniu drzwi do klasy, wszyscy z minami męczenników wchodzą do klasy. Mijając Adama rozmawiającego z Arturem posyłam mu przyjazny uśmiech, który odwzajemnia. Muszę mu jeszcze raz podziękować za naprawę szafki. Tylko co by chciał na urodziny? Nie pomyślałam o tym. Po szkle będę musiała czegoś poszukać. Zajmuję swoje miejsce i nie łudzę się, że ktoś koło mnie usiądzie. Ania jest chora, a to z nią przeważnie siedzę. Otwieram plecak i z czarnej dziury swojego plecaka wyciągam potrzebne książki i przybory. W myślach błagam, by dzisiaj nie pytała. Jednak zawsze po czytaniu listy przychodzi ten czas, gdy nauczyciele mają okazję wyżyć się na uczniach.
- Ktoś jest dzisiaj chętny do odpowiedzi? – Nauczycielka nawet nie rozgląda się po klasie i od razu zagląda do dziennika – W takim razie dzisiaj numer trzynasty. Raisa, zapraszam. -  Dosłownie słyszę jak moja dusza odchodzi od ciała. Krzywię się i biorąc swoje krzesło podchodzę do nauczycielki.
- Jak nazywali się przywódcy Armii Krajowej? – pyta od nie chcenia, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie. Grzebie w mojej pamięci, jednak natrafiam tam na kompletną pustkę.
- Nie pamiętam – mruczę nie wyraźnie.
- No cóż, w takim razie podaj nazwisko głównego generała Armii „Warszawa” – Czy ona nie może pytać o coś innego niż nazwiska?! Powtarzam swoją odpowiedź, całkowicie już zdenerwowana swoim niepowodzeniem. To niestety był dopiero początek, pytania sypały się jedno po drugim i dotyczyły nazwisk ponoć sławnych i zasłużonych osób. Niech się modlą, by nie wysłali mnie w przeszłość, bo ja już się postaram, by nie mieli okazji zabłysnąć.
- Moja droga, to już powinnaś umieć. Ostatnie pytanie. Co to był proces szesnastu.
Nie no, serio? I to niby miało mi pomóc ponieść ocenę? Po moim milczeniu nauczycielka wzdycha rozczarowana i kręci głową.
- Siadaj, jedynka. Który numer?
- Trzynasty – odpowiadam przełykając wewnętrzne łzy. Co z tego, że uczyłam się do tego trzy godziny. Oto moja zapłata. Wracam do ławki z jeszcze gorszym poczuciem nienawiści do świata niż wczoraj. Nienawidzę tego wszystkiego. Mam ochotę zapaść się pod ziemie i nigdy więcej nie pokazywać się innym na oczy. Jeszcze bardziej mnie rozdrażnia najzwyklejszy powrót do lekcji, przez nauczycielkę. Mam tego dość, chcę rozwalić to wszystko i najzwyczajniej w świecie wyjść, pozostawiając ich za sobą. Jednak nie mogę. Jeśli to zrobię, moja mama będzie zawiedziona. Nie mogę jej tego zrobić. Więc siedzę nerwowo ściskając długopis. O dziwo się do końca lekcji nie złamał. Wraz z dzwonkiem wychodzę z klasy, jeszcze pięć godzin i już będę wolna. Przez pierwsze dwie lekcje staram się nie wchodzić nikomu w drogę i nawet mi się to w miarę udaje. Jednak na czwartej mieliśmy zastępstwo i jak zwykle Artur podszedł się przysiąść, a z nim Adam, Darek i John. Czemu to robili? Muszę ich kiedyś zapytać. W każdym razie lubili siadać w moim towarzystwie i wyjadać moje chrupki, które zwykle mam na drugie śniadanie. Do tego spisywali ode mnie pracę domową. To już stało się swojego rodzaju tradycją. Co ja z tego miałam? Sama się zastanawiam. Nigdy nie pozwolili by ktoś mnie zaczepiał, oczywiście siebie nie licząc. A do tego od czasu do czasu zapraszali mnie na rożne wyjścia, na które zwykłam nie przychodzić, jednak robiłam czasami wyjątki od tej reguły i nie było źle. Wróć. Źle się wyraziłam. To Artur zawsze mnie zapraszał, a cała reszta niemo przystawała na moją obecność. Ta. Byłam dla nich piątym członkiem ich paczki. Jednak niestety chyba zaliczyli mnie do tej męskiej części populacji. Słucham jak Darek żali się na Jolę, która całkowicie go ignoruje. Bo przecież najładniejsza dziewczyna w szkole powinna skakać koło niego… mężczyźni są naprawdę tępi. A gdy chodzi o kobiety, nagle sobie przypominają, że przecież też jestem dziewczyną i może coś tam wiem o części swojej, całkowicie dla nich niepojętej, populacji. No właśnie…
- Raisa, a co ty o tym myślisz?  
- Dziewczyny nie lubią, gdy się ktoś im narzuca. Zrób na niej dobre wrażenie, ale ignoruj ją. Myślisz, że wyróżniasz się z tego tłumu śliniącego się na jej widok? Albo pogadaj z nią jak kolega, a nie napalony ogier i zaintryguj jej czymś.  – Wbite we mnie wyczekujące spojrzenia zaczynają mnie irytować. – No co? Jak nie chcesz odpowiedzi to nie pytaj!
- Kto by pomyślał, że lubisz być ignorowana. – Artur zaśmiał się, a moje policzki automatycznie przybrały kolor buraków.
 - Może sam się wypowiesz? Casanovo? – odgryzam się patrząc na niego z politowaniem. Tylko wykwity na moich policzkach zdradzają moje zażenowanie.
Artur uśmiechnął się i podszedł do mnie tak, że dzieliły nas tylko centymetry. Żołądek podszedł mi do gardła, a ja automatycznie wbiłam się w krzesło. Wstrzymałam oddech, w oczekiwaniu na jego ruch. Jego piwne oczy przeszywają mnie na wylot.
-Ja nie potrzebuje słów. – Wyszeptał mi do ucha i odsunął się parskając śmiechem. – Ale masz minę. Nie bój się możesz być spokojna, nie mam zamiaru ostrzyć na ciebie swoich kłów. To by było jak kazirodztwo. A zresztą gustuje w dziewczynach niższych ode mnie, a nie amazonkach. Nie noś butów na wysokim obcasie, bo nie zmieścisz się w drzwiach.
Wszystkie wyższe uczucia, poplątane myśli i nadzieje, rozwiały się, a zastąpił je ból w klatce piersiowej. Przywdziałam na usta sztuczny uśmiech.
- A kto by ciebie chciał. – stwierdziłam z goryczą w głosie. – Jestem twojego wzrostu, aż tak bardzo nie możesz tego ścierpieć?
- Ja się o ciebie martwię. – zaczął teatralnym głosem, jakbym zraniła go w samo serce. – Przecież taka niezdara jak ty, zabiłaby się w nich po pierwszym kroku. – zagryzłam wargę i wściekła łypnęłam na niego wzrokiem.
- Tak myślisz?! Jeszcze się zawiedziesz! – wrzasnęłam i wyszłam z klasy do łazienki. Zanim przekroczyłam próg drzwi, usłyszałam tylko "Ta… jasne."
 Słowa Artura chodziły mi cały dzień po głowie. Zaraz po szkole poszłam do sklepu i kupiłam najwyższe pasujące na mnie buty. Następnie dobrałam do nich dość atrakcyjną sukienkę z czarnej koronki bez ramiączek, która miała rozkloszowany dół. Nie żałowałam pieniędzy by tylko zrównać tego debila z błotem. Podczas zakupów, szukałam między innymi prezentu dla Adama, jednak nie miałam zielonego pojęcia co może chcieć. Ostatecznie zdecydowałam się na książkę, w końcu z tego co mówił, lubił czytać. Chodzenie po sklepach, a w szczególności wizyta w księgarni zrobiła mi dużą przyjemność. Niestety mój portfel był innego zdania i z każdą kupioną rzeczą pustoszał. Po powrocie do domu, czułam się jak podczas gwiazdki. Rozpakowałam torby, pudełka i jak to miałam w zwyczaju zaczęłam wszystko mierzyć. Robiąc parę chwiejnych kroków w tych piętnasto- centymetrowych szpilkach, miałam wrażenie jakbym była całkiem inną osobą. Serce przyśpieszyło swoje bicie, a ja? Ja czułam się jak bogini mogąca wszystko. Okazało się, że chodzenie w tych butach nie jest tak trudne jak słyszałam, a ich specjalny krój, który trzymał stopy w butach, nadawały duży komfort chodzenia. Spojrzałam na siebie w lustrze. To nie byłam ja… Ale mi to nie przeszkadzało. Mogłabym zastać taka na zawsze.
Zdjęcie butów wiązało się z powrotem do rzeczywistości. Po porządnej kąpieli, wyobrażając sobie minę Artura, położyłam się spać.

Następnego dnia ogarnęły mnie wątpliwości. Nie powinnam dać się tak zmanipulować. Co ja tam będę robić? A jak mnie wyśmieją, nazwą amazonką na szczudłach? Nie chce kolejnej kompromitacji. I czy ta sukienka nie jest zbyt elegancka jak na imprezę? A jak się wywalę przed wszystkimi?  Może nie powinnam iść. Jednak mój wzrok samoistnie kieruje się ku książce. Adam mnie zaprosił... więc pójdę. W końcu to On mnie zaprosił, a nie Artur. Uśmiecham się do siebie. I zaczynam się szykować. Cały dzień starałam się o tym nie myśleć, ale teraz czas było zrobić makijaż… z trzęsącymi się dłońmi miałam zamiar zrobić odważny make-up, ale skończyło się na lekkim, prawie nie widocznym makijażu. Po założeniu sukienki i butów, wypełniłam swoją torebkę niezbędnymi akcesoriami. Gotowa stałam przed lustrem podziwiając efekty. Niesamowite uczucie z wczoraj wróciło z dwojoną siłą. Czułam się kobieco, chyba po raz pierwszy w życiu i… było mi z tym wyśmienicie. Przyciągałam spojrzenia ludzi których mijałam. Jednak, to nie były takie jak te, gdy idzie się do tablicy, czy odpowiedzi. Nie, to spojrzenia, pełne zachwytu i zazdrości.  

____________________________________
Druga część powinna się pojawić nie długo(o ile wyrobię się ją napisać do końca weekendu, bo jeśli nie, to pojawi się dopiero po moich egzaminach 11 czerwca). Czekam na szczere opinie.
Buty i sukienka Raisy:
a4823254c27ee602bbc1cfc4320012013215511.jpg

czarna-koronkowa-sukienkaco-o-niej-.jpg
  • awatar izkku: czekam + świetne inspiracje ♥ zapraszam do siebie :)
  • awatar Zakira Luna: Jej...to było takie... smutne. Strasznie szkoda mi Raisy, wspaniale opisałaś jej emocje, moment ze złamaniem kluczyka- gwóźdź do trumny... - takie bylo moje pierwsze skojarzenie po tym jej całym, naprawde beznadziejnym dniu.Miły ten Adam, za to Artur to kompletny idiota- facet chyba ma jakiś kompleks czy coś ;) Co do historii i bezsensowności uczenia się nazwisk- witaj w moim świecie, bardzo trafnie udało ci się to wszystko zobrazować. Sukienkę i buty wybrała cudne :P Błędów jako takich nie znalazłam, może tylko kilka powtórzeń w ostatnim akapicie i ten moment :,, ...po szkle..." chyba nie to chciałaś napisać, wiem że to dwa wyrazy wyrwane z kontekstu, ale w tej chwili nie jestem w stanie znowu ich odnaleźć ;) Jestem bardzo ciekawa, co też wydarzy się na tej imprezie...Generalnie zasmucił mnie ten tekst, zrobiło mi się naprawdę szkoda tej dziewczyny... Z niecierpliwoscia czekam NS więcej! ;) Pozdrawiam
  • awatar Kate - Writes: Widzę coś nowego. Wspaniale uchwycone emocje, wszystko jest takie cudne, literówek nie znalazłam, a w dodatku długie. Śliczna sukienka, sama bym chciała taką mieć. Zacznę się zakochiwać w Adamie, rzucam Memphisto, te jest lepszy. Czekam na więcej, więcej i więcej... mam nadzieję, że się doczekam.
Pokaż wszystkie (4) ›