Wpisy użytkownika Lisa Angels z dnia 31 sierpnia 2015

Liczba wpisów: 1

livli5
 

Część 10
Na przystanku wsiadam w pierwszy nadjeżdżający autobus, mając nadzieję, że zawiezie mnie do domu. Mój wspaniały humor właśnie prysł niczym bańka mydlana, całkowicie zrzucając płachtę szarości na otaczający mnie świat. Jeszcze nie dawno widziane barwy, zamazały się przez płynące z moich oczu łzy. Czemu to musi tak boleć? Wpatruję się w migający za szybą pojazdu świat. Jak na złość wydaje się nie zauważać mojego wzburzenia, a samo słońce natrętnie razi mnie w oczy. Nie mogąc dłużej wytrzymać, zamykam je i zagryzam język by powstrzymać płacz. Spokojnie… Nie przejmuj się tym kretynem. Biorę głęboki wdech, potem drugi, trzeci, a gdy już w miarę się uspokajam staram się przeanalizować wcześniejszą sytuację. W ogóle tego nie rozumiem. Czemu on tam był? Po jaką cholerę spotkał się z moim tatą, po tym jak mnie ignorował w szkole? Mam dość. Koniec. Jeśli miałam jeszcze jakieś wyrzuty sumienia, właśnie w tym momencie umarły. Nie pozwolę sobie na więcej zmarnowanego czasu. Skoro nie jest w stanie mnie zrozumieć, to niech idzie do diabła. Wysiadam na swoim przystanku i powoli kieruję się do domu. Chcę jak najszybciej zaszyć się w pokoju i zniknąć. Czy ja właśnie wyznałam mu swoje uczucia? Brawo Raisa. To było iście romantyczne. Na pewno chwyci go to za serce. Wzdycham na własną głupotę. Ale przynajmniej nie ma już odwrotu. Właśnie spaliłam ostatni most, a rzeka, która nas dzieli jest zbyt głęboka, bym mogła ją przepłynąć. Podnoszę głowę i tuż przed nosem przelatuje mi motyl. Jednak on nie był barwny, jak większość motyli. Ten był śnieżnie biały, jakby ktoś ukradł mu wszystkie kolory, jakimi szczycą się jego pobratyńcy. Uśmiechnęłam się gorzko, przypominał mi mnie. Pozbawiony swoich atutów, samotnie dryfował w powietrzu. Tylko, że on w przeciwieństwie do mnie mógł latać. Moje skrzydła już dawno zgniły przez trawiące mnie smutki. Robię krok za motylem, gdy nagle do moich uszu dochodzi głośny pisk opon i dźwięk klaksonu. Z przerażenia, kieruję wzrok w stronę odgłosu. Centralnie w moim kierunku zbliża się duży samochód. Dosłownie czuję, jak zaraz moje kości zostaną zmielone w drobny mak, a ze mnie unosi się dusza. Robię przerażona krok w tył. Potykam się i upadam na tyłek. Ułamki sekund, decydują o moim losie. Widzę, jak samochód mija mnie tak blisko, że doskonale widać jego kołpaki. Czas jakby zwalnia, a następnie przyspiesza wraz z znikającym z piskiem samochodem. Oszołomiona siedzę na pasach z przerażonym spojrzeniem i wpatruję się w rozjechanego na jezdni motyla. Leżącego tuż u moich stóp. Ręce trzęsą mi się, a nogi są jak z waty, gdy wstaję z asfaltu i przechodzę na drugą stronę ulicy. Mało brakowało, a zginęłabym. Serce bije mi tak głośno, że nie słyszę niczego wokół. Oczy utkwiłam w ziemię przed sobą. Ten samochód by mnie rozjechał. Czułam podmuch śmierci na karku. Nagle życie przeleciało mi przed oczami i dotarło do mnie, że wszystko, co do tej pory robiłam było porażką. Wszystko, czego się dotknęłam rozpadało się na milion kawałków. Każde marzenie grzebałam, z coraz mniejszym żalem. Niczym grabarz, który nieczuły jest na widok śmierci. Pozwalałam sobie na utratę siebie dla innych… a jednak, gdy teraz widzę przed oczami swoje życie, dociera do mnie, że nigdy niczego naprawdę nie zrobiłam dla siebie. Nikt nie będzie mnie pamiętał, gdy zniknę. Czy ja zmarnowałam swoje życie? Przystaję i zamykam oczy. Gdy je na powrót otwieram, widzę swój dom. Przełykam ślinę. Zagryzam dolną wargę.
Nie. Nie chcę dalej tak żyć. Pragnę doświadczyć własnego egoizmu. Nie pozwolę, już nigdy więcej się wykorzystywać. Nigdy więcej nie będę uciekać. Zagarnę własnymi siłami wspomnienia i sprawię, że ludzie mnie zapamiętają. Chcę stać się osobą, która w czasie swojej śmierci nie będzie niczego żałować. Otaksowałam dom spojrzeniem i zawróciłam.
To postanowienie oczyściło mi umysł, tak, że zaczęłam zauważać to, co zwykłam omijać wzrokiem. Szeleszczące na wietrze liście, przez które przebijały się promienie słoneczne, niczym gwiazdy przez ciemności nocy. Małe pączki kwiatów, ukryte w trawie. Ptaka, który leciał wysoko na niebie i zachód słońca, mieniący się wszystkimi barwami na tle parkowego jeziora. Zatrzymuję się i z zachwytem spoglądam na ten cud natury. Uśmiecham się do siebie i rozglądam się za znajomą twarzą. Nigdzie nie widać Adama. Zerkam na zegarek. Osiemnasta. No cóż, może się spóźni. Siadam na jednej z pomalowanych na biało ławek i napawam się pięknem nieba.
- Raisa? – odwracam się na dźwięk własnego imienia. Jednak widok właściciela głosu wprawia moje serce w zawód.        
- Darek? Co ty tu robisz? – pytam zaskoczona, widząc jednego z kolegów Artura.
- Czekam na kogoś. – miota się chwilę, po czym koło mnie siada. – Pomożesz Mi?
- Jasne, o co chodzi?
Zastanawia się chwilę jakby chodziło o sprawę życia lub śmierci, po czym pyta się ściszonym głosem, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci.
- Powiedź mi, czy myślisz, że jak włożyłem do szafki Joli, całą kupę stokrotek, to ona przyjdzie?
Że co?! Wytrzeszczam na niego oczy jak wół na malowane wrota. Nie… To jakieś żarty.
- Możesz powtórzyć, bo chyba się przesłyszałam.
- No wiesz, zapytałem się chłopaków z klasy o numer szafki Joli, a potem nazrywałem całą masę stokrotek i wrzuciłem je do jej szafki.
Oblizuje nerwowo usta i patrzę na chłopaka, mając nadzieję, że za chwilę zaprzeczy własnym słowom i obróci wszystko w żart. Widząc, że nie żartuje, zalewa mnie z jednej strony współczucie dla tego idioty, a drugiej strony złość, na to, że w tak perfidny sposób zostałam wystawiona do wiatru.
- Więc to ty wpakowałeś mi je do szafki? I to, dlatego, że się pomyliłeś?! Matko najdroższa, miej w opiece tego idiotę. – szepczę do siebie.
- Co? – pyta zdezorientowany moją reakcją.  
- Zrobili cię w balona i podali ci mój numer szafki, pacanie!
- Czyli…  
- Tak, Jola nie przyjdzie. – przecieram ręką oczy, następnie wzdycham spoglądając spod łba na załamanego chłopaka. Widać, że bardzo się starał dobrze wyglądać na tym spotkaniu. Swoje zwykle niesforne blond włosy, okiełznał prawdopodobnie szczotką i małą ilością, żelu. Nawet ubrał się bardziej stylowo, jeśli można to tak nazwać, niż zwykle. W jednym słowie, właśnie szansa minęła mu sprzed nosa.
- Ej… nie załamuj się. – zaczynam lekko nerwowo. – Wiesz, ten pomysł z stokrotkami to świetna sprawa. Myślę, że Jola na pewno inaczej by na ciebie spojrzała po takim zaproszeniu. No weź Darek, nie smuć się. – Borze sosnowy i co ja mam zrobić. Mam nadzieję, że mi się tu nie popłacze. Zawstydzona całą sytuacją, wręcz panicznie chciałam wymyślić pomysł, by mu pomóc.
Spojrzał na mnie zawstydzony i tak smutny, że zrobiło mi się go żal. Jakbym widziała swoje odbicie, gdy za każdym razem Artur mnie ranił.
- Pomogę ci, obiecuję. Tylko już się tak nie dołuj. – poklepałam go przyjacielsko po plecach i szeroko się uśmiechnęłam. – Sorki, że zepsułam twój wielki dzień.
- Nie masz za co przepraszać, to ja muszę cię przeprosić, za wprowadzenie w błąd.
- To, co powiesz, by w ramach rekompensaty zabrać mnie na spacer? Moglibyśmy obmyślić plan zniewolenia Joli.
Zastanowił się chwilę i wstał z letkim uśmiechem.
- No to chodźmy.
  • awatar SallyLou: Wszyscy ostatnio grają na moich emocjach w opowiadaniach. Ty również, Lisa :D Ten motylek wzruszył mnie dogłębnie. Kocham taką symbolikę, aczkolwiek trochę ona przerażająca. Raisa utożsamiła się z nim, a on zginął... Straszne. Z kolei to spotkanie w parku zaskoczyło mnie. Spodziewałam się Adama, albo Artura :D Jestem ciekawa jak to dalej się potoczy.
  • awatar Kate - Writes: @SallyLou: znowu powiedzieli to co ja chciałam powiedzieć.
  • awatar Paulai: *.* Ps. Mam nowe opowiadanie :)
Pokaż wszystkie (4) ›