Wpisy użytkownika Lisa Angels z dnia 12 września 2015

Liczba wpisów: 1

livli5
 
Z jękiem szukam pikającego zawzięcie budzika, który niczym rasowy sadysta rozkoszuje się wyrywaniem mnie z objęć mojego jedynego kochanka - Morfeusza. Niemal z brutalną siłą wciskam odpowiedni przycisk w telefonie i przerażający dźwięk raptownie zamiera. Zabiłam cię potworze jeden! Pełna triumfu odwracam się na drugi bok i ziewam zakopując się bardziej pod pierzynę. Poczekaj na mnie mój przystojniaku, już do ciebie idę. Nie minęła chwila, gdy parszywy budzik wrócił z zaświatów, by z całą złośliwością świata wykopać mnie z mojego kącika relaksu. Zirytowana jego uporem, wyłączam go i dosłownie ześlizguję się z łóżka. Niczym zawodowy zombie wchodzę do łazienki. Z automatu myję zęby starając się nie zasnąć na stojąco i nie uwalić się jednocześnie pastą, przez ciągłe ziewanie. Następnie rozczesuję włosy, co raczej wygląda bardziej jak igrzyska śmierci, niżeli zwykła codzienna czynność. Szczotka o dziwo wytrwała do końca tej spektakularnej walki. Przyjrzałam się sobie w lustrze i zmarszczyłam z niezadowolenia nos. Wory pod oczami nadawałyby się, jako reklamówki do supermarketu. Włosy, pomimo rozczesania, znów zaczęły się puszyć, a skóra dorównuje kolorem trupowi. Wpatruję się chwilę beznamiętnie w swoje odbicie, poczym wzruszając ramionami ziewam i wychodzę do pokoju po jakieś ciuchy.  Co by tu założyć… może… hm… siadam przed otwartą szafą i wpatruję się w jej zwartość, jakby miało mi to pomóc w dokonaniu wyboru. Drapię się po głowie i ostatecznie łapię pierwsze spodnie i bluzkę, jakie wpadną mi w ręce. Dobieram do tego jeszcze marynarkę i idę dokończyć rytuału powracania do żywych. Po parunastu minutach opuszczam łazienkę. Niewyspana pakuję książki na lekcję i schodzę do kuchni. Na stole znajduję wiadomość od mamy, że musiała wyjść wcześniej i, że sama odbierze tatę. Krzywię się niezadowolona z jej pomysłu. Przecież miałam razem z nią pojechać po tatę. Prycham pod nosem wyrzucając kartkę do kosza. Trudno się mówi i żyje się dalej. Łapię z koszyka z owocami jabłko i wychodzę do szkoły. Mój zaspany umysł całkowicie się wyłącza pozwalając by nogi same zaniosły mnie do tego lęgu demonów. Co tu zrobić ze swoim życiem? W końcu postanowiłam sobie się zmienić, ale początek dnia wyszedł jak zawsze. Czemu zmiany muszą być tak trudne? Dlaczego nie mogę wymyślić czegoś, co porwałoby mnie na tyle by stać się tym kimś? Wzdycham zrezygnowana. No cóż. Nie wszystko od razu. W końcu każde marzenie wymaga czasu i pracy nad nim. Tak samo i ja potrzebuje inspiracji by znaleźć własną drogę. Uśmiecham się do siebie. Mój czas się właśnie zaczął.
Mijając próg szkoły nie poczułam czegoś nadzwyczajnego, chociaż nie. Szafka została naprawiona. Prawdziwy cud! Z niedowierzaniem lekko szarpię zamknięte drzwiczki.
- Aż tak ich nienawidzisz? Jak nie przestaniesz to znowu je zepsujesz.
Przenoszę wzrok na chłopaka i szeroko się uśmiecham.
- Nie twój interes.
Adam zamarł w pół ruchu z miną godną suma. Mijam go i podchodzę do szatniarki, po nowy kluczyk. Słucham chwilę wywodu na temat, że to pierwszy i ostatni raz. Z uśmiechem składam obietnicę, że tym razem nie zdewastuje szafki, poczym wracam by wreszcie przetestować nowy zamek. Adam widocznie, ma mnóstwo wolnego czasu, bo nie ruszył się z miejsca. Może czekał na mnie? Wróć! On jest na czarnej liście do odwołania. Koniec z facetami!  
- Co wprowadziło cię w taki dobry humor?
- Ty jeszcze tu? – pytam się przekręcając kluczyk. Widzę jak drga mu brew, a po twarzy przechodzi wyraz zdziwienia zmieszanego z irytacją.
- A wolałabyś by mnie nie było?
- A ja wiem? Myślałam, że znów będziesz mnie unikał jak ognia. –Wkładam książki do szafki i zamykam ją.
- Unikać? Ja?
Spoglądam mu prosto w oczy. Po czym uśmiecham się jeszcze szerzej.
- No chyba nie ja, ale nie musisz się martwić, już nie będę ci dłużej zatruwać powietrza. – Gdy chcę go minąć, łapie moją dłoń i lustruje mnie czujnym spojrzeniem.
- O czym ty mówisz, czy coś się stało?
- Wybacz, ale nie mam teraz czasu, za chwilę mamy zajęcia. – Wytrzymuję jego spojrzenie, po czym czuję, że jego dłoń ześlizguję się z mojej. Serce bije mi jak oszalałe, a ja wychodzę na korytarz, starając się nie umrzeć na zawał. Co ja do diaska wyprawiam?! Zła na samą siebie wywracam oczami i idę pod klasę. Czy ja jestem, aż tak sfrustrowana uczuciowo, że nie mogę się oprzeć facetom? Głupie serce.  

Podczas zajęć obiecałam sobie, że przestanę uciekać. Muszę nauczyć się stawiać czoła przeciwnościom losu… co nie zmienia faktu, że jak zwykle świat kocha krzyżować moje plany.
Na długiej przerwie, poszłam na opuszczony plac zabaw, by od stresować się po wstrętnej historii. Znów się na mnie wyżywała, tyle, że tym razem z mniej subtelny sposób. Na całą klasę zaczęła się wydzierać, że jestem totalnym nieukiem, idiotką i… wolę nie pamiętać dalszych epitetów na mój temat. Kobieta dostała furii, bo nie pamiętałam jak nazywał się jakiś przywódca wojskowy. Rozpłakałam się… Pomimo całej siły woli, by pozostać niewzruszoną… coś… coś we mnie pękło i z łzami w oczach wybiegłam z klasy. Miałam gdzieś nauczycielkę, i jej krzyki niosące się za mną przez cały korytarz, bym się zawróciła. A teraz siedzę na huśtawce, w starym placu zabaw dobry kawałek od szkoły, wpatrując się tępo w przestrzeń przed sobą. Wspaniały początek nowego życia. Nie ma co. Czemu nic nigdy mi nie wychodzi? Wzdycham i nie mając nawet ochoty się bujać. Chowam twarz w dłoniach. Dopiero kroki budzą mnie z amoku. Nauczona doświadczeniem jestem pewna, że ujrzę zaraz osoby, które za nic w świecie nie chcę widzieć, jednak, gdy podnoszę umęczony wzrok dostrzegam dziewczynę. Ubrana w wytarte dżinsy i długą czarną bluzę z kapturem wolnym krokiem idzie w moją stronę. Wiatr lekko szarpie jej zasłaniający twarz kaptur, a nienaturalnie rude włosy podskakują rytmicznie z każdym krokiem. Chwilę przyglądam się jej zaciekawiona. Nigdy nie widziałam, by ktoś tak się poruszał. Wydawała się płynąć w powietrzu. Co ja bredzę? Za dużo książek się naczytałam w życiu. Wzdycham i opuszam wzrok na swoje dłonie. Dziewczyna mija mnie, a ja mam wrażenie, że właśnie obok mnie przeszła sama śmierć. Zawiał wiatr i zrobiło mi się zimno. Objęłam się ramionami, spojrzałam przerażona na dziewczynę, ale ta zniknęła jakby nigdy jej tu nie było. Przetarłam zdumiona oczy ręką. Borze sosnowy! Zaczynam mieć halucynacje!
- Raisa? – Natychmiast się odwróciłam, że omal nie spadłam z huśtawki. Obok mnie stał Artur, z zatroskaną miną. – Boże. Jak ty wyglądasz? Cały czas cię szukałem. – Podszedł i uklęknął przede mną i lekko muska moje zimne ręce. Odsuwam się. Nie chcę by mnie dotykał. Widać było, że chce coś powiedzieć, ale nie może dobrać słów. Zabrał dłonie, a sam zajął miejsce na drugiej huśtawce. – Przepraszam.
  • awatar Zakira Luna: Bardzo przykro, ale Morfeusz to mój kochanek!:D Biedna Raisa- nie może oprzeć się facetom...? No cóż, hormony :P Ale jej początkowy szeroki uśmiech i sposób w jaki potraktowała Adama budzi mój podziw... O rany... nauczyciele to bestie! Co to za tajemnniczy rudzielec? :D A ten Artur? hm...
  • awatar Lisa Angels: No kto zgadnie kim jest rudzielec? :D
  • awatar Zakira Luna: @Lisa Angels: Ja wiem! :D
Pokaż wszystkie (5) ›