Wpisy użytkownika Lisa Angels z dnia 2 września 2016

Liczba wpisów: 3

livli5
 

- Zapalcie swoje pochodnie! Niech ogień uwolni tę wyspę od pomiotu szatana! Zbyt długo pozwalaliśmy wiedźmie bawić się naszym kosztem!

- Spalić ją! Na stos wiedźmę! - zawtórowali mu zebrani, unosząc na znak zgody ręce w stronę zamku.

Stojąca w cieniu samozwańczego przywódcy Nikola, z uśmiechem patrzyła, jak ogień rozprzestrzenia się nad tłumem uzbrojonych mieszkańców. Przywodzili jej na myśl armię demonów zdolną do kontroli płomieni, a któż byłby bardziej odpowiedni do pokonania samego szatana? Któż inny pomoże jej tkać nićmi wydarzeń, jej własną, wymarzoną przyszłość? Bez nich była bezsilna. Wiele razy przez te dziesięć lat była o krok od zatrucia posiłku wiedźmy, jednak za każdym razem paraliżował ją lęk. Strach, że posiłek trafi do nieodpowiedniej osoby, a gdyby on umarł, nigdy by sobie tego nie darowała. Nie mogła wybaczyć starych i nowych krzywd. Tak więc z czasem uwiła całkiem inną intrygę.

Dawno zasiane ziarna wreszcie zaczęły wypuszczać plony, a ona nie mogła uwierzyć, że teoretycznie najtrudniejsza część całego planu, była tak zaskakująco prosta. Przemytnicy opium spadli jej jak z nieba. Obcy handlarze niejednokrotnie dopuszczali się oszustw i kradzieży, tym samym szczerbiąc wizerunek władczyni w głowach mieszkańców. Jednak to nielegalne „leki" mające rozwiązywać wszystkie problemy zaczęły niszczyć dobrobyt na Sagarze. Uzależnionych od opium przybywało z dnia na dzień, a dekret całkowitego zakazu handlu narkotykami i wprowadzenie kontroli przybywających na wyspę handlarzy, zamiast uspokoić sytuację jedynie ją pogorszył. Brak opium doprowadzał ludzi do obłędu. Byli gotowi zrobić wszystko by znów odpłynąć do świata nałogu... Ludzie szukali kozła ofiarnego.

Nikola zamierzała im go dać.

Wystarczyło kilka spostrzeżeń, parę słów skierowanych przeciw władzy i bunt był nie do zatrzymania. Skoro wiedźma nie potrafiła utrzymać dobrobytu, to nie zasługiwała na władzę. Nie była godna jego...

Posmutniała na wspomnienie pustej sypialni, dzisiejszego poranka. Na co w ogóle liczyła? Przecież nie mogli być razem, a przynajmniej do chwili, gdy ten szatan żył. Zacisnęła w dłoni szklany flakonik. Dzisiaj spłonie. Ona już o to zadba, a potem będą tylko we dwoje. W końcu to ona pierwsza go znalazła. To ona powinna być jego żoną.

Ruszyła.

~*~

Po zamku niósł się odgłos butów uderzających o marmurową posadzkę. Kobieta biegła, a jej przyspieszony oddech brzmiał nienaturalnie w wielkim wypełnionym lustrami korytarzu. Dopadła sypialni swoich władców i zamarła. Drzwi były w ruinie, a na podłodze za łóżkiem siedziała wiedźma, lekko się kołysząc, szeptała cicho melodyjnym głosem.

- Zapadnij w oczyszczenia sen.

- Pani, musisz uciekać! To bunt! Oni gro... - zamilkła, gdy dostrzegła, co wiedźma trzyma w ramionach.

- Zapomnij popełniony grzech - zaśpiewała cicho, nie zważywszy na obecność kobiety.

Źrenice Nikoli rozszerzyły się, a w oczach poczuła łzy. Wiedźma tuliła do siebie sinoniebieskie ciało męża. Cofnęła się o krok, dławiąc płacz. To nie mogła być prawda...

-Niech miłość uleczy umysł twój.

Zabiła go... zabiła... przeklęta. Zagryzła wargę, próbując powstrzymać szloch. Jedyne czego w tej chwili pragnęła to poderznąć wiedźmie gardło, jednak spalenie żywcem mimo wszystko wydało jej się o wiele lepszą formą zemsty. Przełknęła chęć mordu i wróciła do swojej gry niczym znakomity aktor. Jedynie w jej oczach czaiło się szaleństwo.

- Ja za ciebie poniosę winy zwój.

- Pani... oni chcą spalić cały zamek!

Wiedźma pogłaskała męża po policzku, po czym wpięła we włosy materiał, który niczym kotara odgrodził ją od świata.

- Śpij kochany, za chwilę do ciebie wrócę. - Położyła jego głowę na ziemi - Oceanie zadbaj o jego bezpieczeństwo, a ty prowadź mnie do nich.

Kot niechętnie położył się koło nieprzytomnego mężczyzny i patrzył, jak jego pani wychodzi za służką.

~*~

Nikola spodziewała się, że dumna pani wyspy będzie na tyle pewna siebie, że zaniecha ucieczki i będzie chciała stawić czoła oprawcom. Do tego jedyne zagrożenie z jej strony zostało właśnie daleko z tyłu. W tej chwili nie było niczego, co mogłoby uratować wiedźmę. Sama podpisała na siebie wyrok.

Wyszły na dziedziniec, gdzie stali buntownicy. Pochodnie oświetlały ich żądne mordu twarze, jednak żaden z nich nie śmiał jako pierwszy wypowiedzieć na głos oskarżeń, gdy obiekt ich nienawiści stanął przed nimi. Wielu widziało ją po raz pierwszy, a jej widok niemal wszystkich wprawił w osłupienie.

Kobieta dumnie stała na podwyższeniu, najwyraźniej nie przejmując się podartą suknią powiewającą lekko na wietrze. Potargane włosy chowały w sobie niegdyś starannie ułożone kwiaty i pióra. Zagubiony dzwonek wisiał koło jej ucha. Pomimo tego z wyższością trzymała głowę ku niebu, gotowa usłyszeć ich skargi. Równie dobrze mogłaby stać w łachmanach, a budziłaby wśród ludu taki sam respekt. W oczach buntowników pojawił się strach i zwątpienie. Bo jakie mieli szansę z wiedźmą? Dopiero teraz do nich dotarło, na co się porwali. Zasłonięta twarz działała na wyobraźnię, bo co jeśli wzrok kobiety potrafił zabijać? Oni nie chcieli się o tym przekonać.

Nikola z odrazą i rozczarowaniem spojrzała na buntowników. Okazali się nieprzydatnymi tchórzami. Myślała, że dłużej się oprą urokowi wiedźmy, ale najwidoczniej przeceniła ich możliwości, ci niemal natychmiast struchleli niczym potulne pieski. Poszukała spojrzeniem przywódcy buntu. Mężczyzna był blady niczym trup. Kobieta zacisnęła w dłoni flakonik i nakazywała sobie spokój. I tak oni nie byli jej już potrzebni. Wykonali swoje zadanie.
 

livli5
 


Na dziedzińcu zapadła głucha cisza, jedynie skwierczące pochodnie rozmywały zbierającą się nad zamkiem mgłę. Czas jakby zamarł w oczekiwaniu na ruch którejś ze stron. Przyglądał się podejrzliwie, czytając myśli wiedźmy. Pomimo zewnętrznego spokoju w środku na powrót czuła się martwa. Uczucie, które nękało ją od dnia narodzin, rosło na sile, a kolejny czar znów pokruszył jej cienką warstwę człowieczeństwa. Zdrada własnego męża, a później i ludu pogłębiała pęknięcia. Myślała, że gdy nadejdzie ten dzień, będzie gotowa. Jakże się myliła. Czekała, aż buntownicy zabiorą głos. Jednak ci milczeli. Westchnęła.

- Kto jest waszym przywódcą? - zapytała, a tłum rozstąpił się, ukazując młodego mężczyznę, o nienaturalnie bladej karnacji i wychudzonym ciele.

- Ja nim jestem.

- W takim razie czemuż nachodzicie mój dom? Jakim prawem grozicie waszej pani?

- My - zaczął, ale wiedźma nie dała mu skończyć.

- Podaj mi powód, by was wysłuchać. Czyż nie macie swych przedstawicieli, do których mieliście zgłaszać swe skargi? Nie uznałam jeszcze waszego zgromadzenia za bunt, pomimo gróźb i oręża, z którym stoicie przede mną o tej późnej porze. Chcę wpierw poznać przyczynę, zanim zdecyduję jaką karę na was nałożyć za niesubordynację.

Mężczyzna zaśmiał się, po czym rozłożył ręce i pokazał na stojący za nim tłum.

- Wybacz pani - zaczął z wyraźnym sarkazmem - ale tym razem to my dyktujemy warunki.

Buntownicy jak na zawołanie pokiwali głowami i okrzykami poparli swojego przywódcę. Nastrój w jednej chwili uległ zmianie, w ich oczach na powrót pojawiła się determinacja i żądza odwetu. Wiedźma westchnęła cicho. Naprawdę ciężko jej było zrozumieć ludzi.

- Masz opuścić wyspę, a darujemy ci życie.

- Życie? - zachichotała, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. - Nie wiesz, o czym mówisz. Jak cię zwą?

- Leonard.

- Leonardzie znasz sekret tej wyspy? Wiesz czemu pochylam się nad istotami tak zgniłymi i niewdzięcznymi, jakimi są ludzie?

Mężczyzna cofnął się o krok, gdy wiedźma uniosła dłonie do swojej twarzy. Księżyc całkowicie schował się za chmurami, a mgła wydawała się krążyć nad nimi niczym bestia gotowa wszystkich pożreć.

- Gdyby to ode mnie zależało, to już dawno wykorzeniłabym stąd wszystkie chwasty. Jednak mój dom potrzebuje waszej obecności, moje srebrniki potrzebują waszego mięsa, a ja... - materiał upadł na ziemię, ukazując sinoniebieską skórę na skroniach. Czerwień rubinów przypominała zaschniętą krew. Czarne oczy błyszczały drobinami srebra, jakby były rozgwieżdżonym niebem. Kobieta sięgnęła do swojej sukni i rozchyliła ją lekko, ukazując nagą szyję, pełną czarnych pęknięć. – Ja potrzebuję waszego strachu.

Dzwonki w jej włosach zadzwoniły poruszone przez wiatr, a szramy na jej ciele zaczęły się rozprzestrzeniać.

- Na wasze nieszczęście nie potrzebuję was aż tak wielu.

Trzepot skrzydeł rozniósł się nad ich głowami. Z mgły wyłoniły się metalowe motyle, połyskujące w blasku pochodni. Jeden z nich zniżył swój lot i wpadł prosto w płomień. Ogień natychmiast zmienił kolor na turkus, po czym wybuchł, trawiąc żywcem mężczyznę trzymającego pochodnie. Jego skóra topiła się od wysokiej temperatury niczym wosk. Powoli spływając odsłaniała mięśnie, a krew czerniała od błękitnego płomienia i obracała się w proch. Owady jeden po drugim dopadały swoje ofiary. W jednej chwili dziedziniec rozświetlił niebieski blask. Agonalne krzyki rozniosły się po całej Sagarze, mrożąc krew wszystkim żywym istotom.

Pęknięcia na skórze wiedźmy objęły także twarz. W bezruchu słuchała wrzasków palonych żywcem mieszkańców. Jej niewidomy wzrok zwrócił się ku sparaliżowanej ze strachu Nikoli. Przerażona wpatrywała się w bestię przed sobą, przyciskając do serca obie pięści.

- Zapamiętaj to jako przestrogę dla reszty mieszkańców i powiedz, że wierni swej pani nigdy nie będą musieli się czegokolwiek lękać. - Poczuła lodowatą dłoń na policzku, ale nie miała odwagi nawet drgnąć. Patrzyła jedynie w pozbawione wyrazu oczu, które łudząco w tej chwili przywodziły jej na myśl lustra.- Dziękuję za twą pomoc.

Kobieta zabrała z jej twarzy dłoń i ruszyła w stronę zamku. Nikola patrzyła na plecy wiedźmy, gdy ta kierowała się z powrotem do komnat. Powinna teraz wbić jej nóż w plecy, ale strach był znacznie od niej silniejszy. Drżała na całym ciele, nie mogąc nawet sięgnąć po broń. W uszach słyszała jej słowa niczym wciąż powracające echo. W oczach stanęły jej łzy. Czuła się podle czując ulgę, że przeżyła. Wszystko poszło na nic. Zabiła wszystkich. Spopieliła ich w stosach niebieskiego ognia.

Upadła na kolana i ukryła twarz w dłoniach, gdy na powrót uniosła wzrok, jej serce zamarło. W drzwiach zamku stał on. Wiktor, małżonek wiedźmy i miłość jej życia.

________________

W pierwszym założeniu miało być inaczej, ale burza mnie natchnęła i znalazłam wyjście z sytuacji :D Kto się tego spodziewał?
 

livli5
 

- I co było dalej?

Zygmunt zaśmiał się, widząc świecące się z ekscytacji oczy Gilberta.

- Widzisz chłopcze, czasem nie wystarczy silna wola, aby wygrać trzeba sięgnąć po nieczyste środki. Wiedźma bez litości zabiła wszystkich buntowników. Spopieliła ich żywcem tym samym kończąc dobre czasy Sagary. Mówiono, że rozwścieczona rzuciła klątwę. Na wyspie zapanował strach, z każdym dniem znikali mieszkańcy. Okolicę spowiła gęsta mgła, a niegdyś wspaniały szlak handlowy przestał istnieć. Wiedźmy ze swoim małżonkiem nie widział nikt, od pamiętnej nocy. Skryli się w zamku, a po wyspie chodziły plotki, że pan Sagary został opętany przez szatana. Jego skóra stała się niebieska, a on sam postradał zmysły. Chodzą słuchy, że szaleństwo i chęć powrotu do normalności nie dawały mu spokoju. Chłopcze, wiesz czym odstrasza się złe duchy i przełamuje złe zaklęcia?

Gilbert pokręcił głową, nie mogąc oderwać wzroku od szerzącego się upiornie mężczyzny.

- Woda święcona nie raz ratowała ludzi przed szatańskimi czarami. Pan wyspy postanowił spróbować tego. Bo w końcu, to była jedynie zwykła woda. Pewnej nocy podczas kolacji podmienił kielichy. Nie spodziewał się tego, co się potem stało... - Nachylił się do chłopca i spojrzał mu prosto w oczy. - Wiedźma wypiwszy z niego, zaczęła się dusić. Jej gardło zaczęło się topić. Wiecie, co wiedźma miała w środku? Srebro. Nawet jej serce było z tego metalu. Spodziewano się, że klątwa ustąpi, jednak ani mgła, ani wygląd pana wyspy się nie zmienił. Ze zgryzoty skoczył z klifu, zmieniając się w krwiożerczą bestie, atakującą statki w okolicy, a srebrniki z żalu za swoją panią atakują mieszkańców, pożerając ich żywcem.

Zapadła głucha cisza, nawet nie dało się usłyszeć skwierczenia ognia, czy ich oddechów.

- Bujdy pleciesz. Wiedźmy, bestie, klątwy. - Kapitan machnął lekceważąco dłonią. - Kto by w to uwierzył, a końcówka to już się całkowicie kupy nie trzyma.

Zygmunt zmierzył go czujnym spojrzeniem i roześmiał się wniebogłosy, przełamując ciężką atmosferę.

- Widać, że swój chłop z pana, panie Stanisławie, to jedynie bajeczka dla dzieci. Statki rozbijają się o rafę, a rozbitkowie pożerani są przez okoliczne rekiny, których w tych stronach nie mało. Prawda to, że kiedyś tu baba wyspą rządziła, ale z powodów oczywistych nie mogło to trwać długo.

- A mieszkańcy?

- Chłopcze, kto chciałby żyć na wyspie wiecznie spowitej mgłą, gdzie nic nie chce rosnąć i jedynie góry i klify są. Jedynie starzy zostają, a kto tylko ma okazję to, czym prędzej płynie w świat na lepszą ziemię. Do tego trzy zimy temu mieliśmy wstrętną plagę. Gorączka zabrała połowę mieszkańców, głównie kobiety i dzieci. To była tragedia! Może i wyspa jest przeklęta, ale nikt jeszcze nie widział nadprzyrodzonych stworów ze srebra, czy innych dziwactw... no może poza Edwardem... Gada czasem sam do siebie, ale to starość, my też w jego wieku tacy będziemy, nieprawdaż panie Stanisławie?

- Oj tak, kiedyś też znałem takiego jednego...

Gilbert nie zamierzał poświęcać uwagi wywodom kapitana, przeprosił więc wszystkich obecnych i wyszedł na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza. Serce biło mu szybciej od chwili, gdy usłyszał o lamparcie ze srebra. To z pewnością był stwór z jego snu, jednak jakim cudem mógłby o nim śnić, zanim się dowiedział o jego rzekomym istnieniu? Może to była podświadomość? A może... może to jednak prawda?

Słońce powoli znikało na horyzoncie, zabierając resztki ledwie przebijających się przez mgłę promieni słonecznych. Gilbert otulił się ramionami, by odegnać nieprzyjemny chłód. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby nie wrócić do ciepłej kuchni, jednak ostatecznie postanowił pójść do swojego pokoju. Miał wiele rzeczy do przemyślenia, a towarzystwo, nie sprzyjało rozwiązywaniu zagadek.

Powoli szedł zamkowym korytarzem, wyobrażając sobie kobietę z opowieści. Nie mógł pojąć, czym sobie zasłużyła na taki los. Fascynowała go, spojrzał w jedno z otaczających go luster. Przyglądał się sobie przez chwilę, po czym ruszył dalej, całkiem nieświadomy, że jego odbicie kroczy własnym rytmem i potajemnie się uśmiecha.

_____________________________

Jak widać wróciliśmy do naszej wesołej kompanii. Mam szczerą nadzieję, że nie pogubiliście się jeszcze :D
  • awatar Kate - Writes: Wybacz, ze tak wszystkie razem komentuję, ale jakoś dawno mnie tu nie było i namnożyło się rozdziałów. Mam nadzieję, że Gilbert dojdzie do ładu ze samym sobą. Powiem ci, ze bardzo spodobał mi się lampart, który pojawił się gdzieś tam w którymś rozdziale. Jest naprawdę świetny, aż miałam ochotę, wyjąć go z monitora i zaadoptować. Jestem kiepska w pisaniu komentarzy...
  • awatar Kate - Writes: Od teraz postaram się czytać regularnie.
Pokaż wszystkie (2) ›