• Wpisów:324
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 21:55
  • Licznik odwiedzin:33 084 / 2168 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Rozdział 24
Gdy Rakszasa odzyskała przytomność, było już zdecydowanie za późno, by mogła wrócić do domu. Po pierwsze nie znała drogi powrotnej, a po drugie była osaczona trójką starszych od siebie osób, a atmosfera pomiędzy nimi była tak gęsta, że nie śmiała powiedzieć ani słowa o powrocie. Była niemal pewna, że jeden zły ruch może zapoczątkować lawinę. Ciągle nie mogła uwierzyć, w to, że została tak perfidnie wyrzucona, ale zdecydowanie wolała zwiedzać świat niż zostać ukatrupiona tuż po rozpoczęciu wędrówki.
- Zbliżamy się do miasta. – mruknął Eylass wskazując ręką na skraj lasu.
Rakszasa zmrużyła oczy i dostrzegła stare zniszczone chaty uginające się pod ciężarem śniegu. Już miała rzucić jakąś adekwatną do stanu budynków uwagę, gdy dostrzegła stojące w oddali budowle. Wielkie gmachy wielkości góry wznosiły swoje kamienne kopuły ku rozgwieżdżonemu niebu. Rakszasie przypominały olbrzymie grzyby. Gdy podeszli bliżej mogła stwierdzić, że to co początkowo wzięła za świecące kryształy usłane na spodzie kapelusza, w rzeczywistości było figurami. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś tak niezwykłego. Przeszli przez czterometrową bramę i wkroczyli do wnętrza miasta. Na środku stał plac, gdzie handlarze próbowali przekonać przechodniów, że ich towar jest im niezbędnie potrzebny. Wokół ścian stały budynki, a ciągnące się wokół nich schody prowadziły prawdopodobnie na poziom pod kopułą. W porównaniu do temperatury na zewnątrz, było znacznie cieplej, dzięki czemu mieszkańcy mogli sobie pozwolić na wyjście z domu bez zimowego odzienia. Rakszasa rozejrzała się i zdała sobie sprawę, że została sama. Z paniką przeszukała wzrokiem tłum i już miała łzy w oczach, gdy jakaś stara, przerażająca kobieta zaczęła się nią interesować, gdy poczuła dotyk na ramieniu. Obejrzała się błyskawicznie i z ulgą dostrzegła Eylassa.
- Pilnuj się mała, bo skończysz na czarnym rynku. – mruknął, na co ją przeszedł dreszcz. Od teraz nie spuszczała wzroku z pleców Dragona. Przeszli przez cały plac, kilkakrotnie zaczepiani przez natrętnych handlarzy i weszli do jednego z domków.
Pomieszczenie było przestronne, w powietrzu unosił się delikatny zapach pomarańczy i jabłek. Gdy przeszli do kolejnej izby, atmosfera zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Zrobiło się duszno i nieprzyjemnie. Pomimo obecności pięciu osób i wielkiego czarnego kota, panowała ciążąca cisza, a napięcie było niemal namacalne. Rakszasa przełknęła głośno ślinę i wtedy oczy wszystkich zwróciły się ku niej na co miała ochotę zapaść się pod ziemię.
- To jest Rakszasa, od dzisiaj będzie z nami podróżować.
- Miałaś pójść znaleźć wiedźmę, a wracasz z bachorem?
Rakszasa wzdrygnęła się i spojrzała z łzami w oczach na autora słów. Skrzywiła się widząc niewiele starszego od siebie chłopca o białych włosach, wwiercającego w nią stalowy wzrok.
- Bachora?! Wypraszam sobie! Szczególnie z twoich ust! – skrzyżowała ręce i tupnęła ze złością.
- Cóż za brak szacunku do starszych, skąd ja wytrzasnęliście, z rynsztoka?
Dziewczyna zapowietrzyła się, przy okazji robiąc się całkowicie biała na twarzy. Jeszcze chwilę, a dym poszedł by jej uszami.
- To podopieczna Kyrie – mruknęła Asha podchodząc do wielkiej pantery, która z radością poddała się pieszczocie swojej właścicielki. – Witaj Lordzie stęskniłeś się? – podrapała go po olbrzymim pysku i nie przerywając zwróciła się do chłopaka. - Taki był warunek. Jej wstawiennictwo, za opiekę nad Rakszasą. – Teraz spojrzała na dziewczynę i uśmiechnęła się.
- Poznaj Lorda Mroka, to mój zaufany przyjaciel, nie radzę głaskać bez jego pozwolenia, bo możesz stracić rękę. A ten tutaj – wskazała brodą na białowłosego – to Mephisto, może nie wygląda, ale no może poza mną to najstarsza osoba w tym pomieszczeniu. Nie jest towarzyski, ale jak na diabła i tak bardzo miła z niego osoba.
Rakszasa utkwiła wzrok z niedowierzaniem w stalowookiego i zastanawiała się, czy nimfa z niej nie żartuje, ale widząc jego minę nie śmiała pisnąć ani słówka. Meph skrzywił się na swój opis, ale zanim zdążył się odgryźć Asha zaczęła mówić dalej.
- Eylassa, już znasz, a Erabre… - tu urwała i zagryzła wargę patrząc na czerwonowłosego z bólem.
- Nie mam z nimi nic wspólnego. Jestem wdzięczny za pomoc, ale nie zamierzam dołączać do kółka wzajemnej adoracji.
- Erabre…
- Nie lituj się nade mną. Jasno określiłaś swoje zdanie i nie zamierzam go podważać. Dla mnie umarłaś w momencie, gdy opuściłaś swoje ciało. Nigdy nie myślałem, że będziesz tak… perfidna, by opętać swojego wroga… nie… co ja mówię... od tak się do nich przyłączyłaś, po moim odejściu. Skoro ty nie martwisz się o siebie, to nudny ja, też nie zamierza. W końcu i tak okazałaś się być jak wszyscy. – wycofał się do drzwi, ale drogę zagrodził mu Eylass.
- Bracie nie zachowuj się jak niedojrzały smarkacz. Rozumiem, że jesteś obrażony i czujesz się zdezorientowany, ale nie zamierzam cię od tak puścić. Myślałem, że wtedy umarłeś… Nie masz pojęcia jak mi ulżyło, że to była jedynie iluzja. – uśmiechnął się i położył mu dłoń na ramieniu i zacisnął z całej siły nie zmieniając wyrazu twarzy. – Stroisz fochy, za to, że cie kobieta odrzuciła… zapamiętaj nie pierwsza i nie ostatnia, ale za straszenie w ten sposób brata i znikanie bez słowa – Erabre zwijał się pod stalowym uchwytem Dragona, a teraz upadł z wykrzywionym w męce grymasem na kolana. Nie ważne jak próbował się wykręcić, nie udawało mu się uciec przed gniewem mężczyzny. Eylass uśmiechnął się beztrosko – nie uważasz, że powinieneś mnie należycie przeprosić?
Chłopak jęknął i nie czując już ramienia wymruczał przeprosiny. Wiedział jedno, że gdy Eylass czegoś chce nie należy się spierać, a w szczególności, gdy miał cię w garści. Wtedy nie było już ucieczki.
- Przeprosiny przyjęte.
Uścisk na ramieniu zelżał, a on upadł, chwytając się z bolące miejsce i patrząc z nienawiścią na brata.
- Erabre… - wyszeptała dławiącym się głosem Asha i próbując mu pomóc, ale jedyne co otrzymała to pogardliwe spojrzenie.
- Daruj sobie… - warknął i przepchnął się przez brata. Usłyszeli trzask drzwi. A w pomieszczeniu ucichło.
Rakszasa nie zrozumiała dużo z ich rozmowy, ale nauczyła się jednej rzeczy. Nigdy nie sprzeciwiać się Eylassowi. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, zapragnęła być taka jak on.
 

 
Rozdział 23
Chwilę stali czekając aż przyjdzie uczennica wiedźmy, ale cisza się przeciągała, a dziewczyny nie było ani śladu. Kyrie nie wydawała się tym przejmować, ale nawet ona w pewnej chwili straciła cierpliwość. Powieka zaczęła jej nerwowo drgać, a po wyrazie twarzy, łatwo było stwierdzić, że jeszcze chwila, a osobiście przywlecze ją za włosy. Na szczęście Rakszasa nie zwlekała dłużej i wbiegła w ramiona swojej starszej kopi.
-Widziałaś?! – zapytała z lekką paniką w glosie. – Ten rudy bufon zniknął!
Wiedźma spojrzała na dziewczynę z matczynym spokojem, jaki wykazują rodzicielki, gdy ich pociechy plotą od rzeczy.
- Skarbie, kto zniknął?
- No, ten złodziej! – machnęła nerwowo rękami w powietrzu.
- Ach on… jeśli go szukasz to tam leży – wskazała dłonią kominek. Na co Rakszasa poszarzała na twarzy i z piskiem schowała się za plecami Kyrie. Wystawiając zza jej sylwetki jedynie oczy.
Asha i Eylass zmierzyli małą takim wzrokiem, że nie śmiała już wystawić czubka nosa. Widząc tą scenkę spojrzeli na siebie i westchnęli jednocześnie. Ale czego nie robi się dla osiągnięcia celu? Niańczenie dziewczynki nie może być trudne w porównaniu do nakłonienia dwunastu wiedźm do sprzeciwienia się ich prawom kardynalnym. Kyrie zniecierpliwiona i wyraźnie zirytowana jej zachowaniem wyciągnęła ją przed siebie.
- Rakszaso poznaj… e… - zastanowiła się chwilę, wahając czy przedstawić nimfę jako swoją siostrę, ale najwidoczniej ten pomysł nie przypadł jej do gustu, bo z niesmakiem pokręciła głową – …Ashę, będzie twoją nauczycielką podczas podróży.
Rakszasa wytrzeszczyła oczy i z niedowierzaniem zmierzyła całkowicie obcych sobie ludzi. Jeszcze nigdy nie widziała jakiejkolwiek nimfy. Przypominała jej świecącego się ducha i pierwsze co jej przyszło do głowy, to pytanie, czy jest tworem magicznym mistrzyni. Uśmiechnęła się w duchu, bo jeśli tak rzeczywiście jest, to nie była dla niej żadnym wyzwaniem. Przeniosła wzrok na stojącego u jej boku mężczyznę, który zdecydowanie zbyt bardzo przypominał tego rudego bufona, co go wystrychnęła na dudka. I oczywiście nie umknął jej uwadze fakt, że on sam leżał za ich plecami zamiast wisieć na dworze. Kara za groźby i to dwukrotne, w żadnym wypadku nie mogła zostać tak zbagatelizowana. Już miała przypomnieć swojej mistrzyni o wznowieniu kary, gdy dotarł do niej sens słów Kyrie.
- Jakiej podroży? – zapytała lekko drżącym głosem. Niemal widziała jak w jej głowie wszczyna się czerwony alarm, wrzeszczący z całej siły: NO TO SIĘ DOIGRAŁAŚ!
- Uznałam, że czas byś wreszcie opuściła gniazdo i poznała świat. To będzie dobra lekcja życia, będziesz miała okazję poznać moje siostry i zdobyć wiedzę, i doświadczenie, którego nie jestem ci w stanie zapewnić w tym miejscu. Pamiętaj by słuchać się Ashy, nikogo innego, a i bym zapomniała, co tydzień spodziewam się pisemnej relacji. A teraz możesz iść się pakować. Będę za tobą tęsknić.
Rakszasę zamurowało.
- Chyba kpisz… - warknęła szczerząc białe zęby na tle czarnego podniebienia. – Chcesz mnie wyrzucić?!
- Oj tam zaraz wyrzucić… - przewróciła oczami - Nie myślałaś chyba, że cała naukę odbędziesz w jednym miejscu. Przed tobą świat stoi otworem, to jedynie kolejny etap w twoim życiu, nawet najwybitniejsze książki ci tego nie zastąpią. Niby miałam z tym jeszcze poczekać, ale skoro natrafiła się taka okazja, a Asha zgodziła się wziąć cię pod swoje skrzydła to trzeba brać byka za rogi i sprostać wyzwaniu.
- Ale… - nagle poczuła uderzenie w tył głowy i świat zawirował niebezpiecznie, by po chwili straciła przytomność. Eylass złapał ją nim uderzyła o podłogę i przerzucił ją sobie przez ramię.
- Wybacz, ale nie mamy czasu na ckliwe pożegnania, możesz spakować jej rzeczy?
Oszołomiona wiedźma skinęła głową i przywołała dwójkę swoich ludzi, którzy jedynie przytaknęli i gdzieś poszli razem z nią. W tym czasie Asha wreszcie mogła podejść do nieprzytomnego Erabre.
Wyglądał okropnie, był siny i z pewnością miał gorączkę. Nimfa przyłożyła dłoń do jego czoła i zaczęła mamrotać leczniczą inkarnację. Trzy rybie duchy zaczęły pływać w powietrzu raz za razem nurkując w ciele chłopaka i na powrót wynurzając się. Erabre zaczął odzyskiwać kolory. Napięte mięśnie rozluźniły się, a doły pod oczami całkowicie zniknęły. Gdy skończyła, wydawał się całkiem zdrowy, natomiast blask jej oczu zdecydowanie przygasł, a na skórze pojawiły się drobne kropelki potu, podobne do porannej rosy. Eylass podszedł do niej i położył jej rękę na ramieniu.
- Musimy wracać do reszty…
Skinęła głową i wstała.
- Myślisz, że będzie chciał jeszcze ze mną rozmawiać?
- Tego nikt nie wie…
  • awatar Zakira Luna: "Oj tam zaraz wyrzucić..."- Padłam :D Fajnie, fajnie,ale widzę tu jakieś zaległości-miało być codziennie!
  • awatar MAYA WRITES: Wooow. Mega ciekawe. Zapraszam na mojego bloga. Ps jestem tu nowa
  • awatar Seiti: Upiłam się tymi rozdziałami. Wspaniale, niesamowity tok historii. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Rozdział 22
Włożyła zamyślonym ruchem fajkę do ust i wypuściła dym w kształcie motyla, który wdzięcznie przeleciał nad stolikiem i rozpłynął się w powietrzu.
- Więc jaką masz do mnie sprawę? – tym razem wiedźma oczekiwała odpowiedzi od Ashy, a gdy Eylass chciał się wtrącić, zgromiła go jedynie spojrzeniem. Pomimo zadanego pytania, Kyrie nie wydawała się być zaciekawiona, a wręcz sprawiała wrażenie jakby już dawno znała powód ich wizyty.
- To chyba nie dziwne, że pojawiłam się u ciebie po tym jak zapieczętowałyście mnie w tym jeziorze. Jak sama stwierdziłaś ciało nimfy całkowicie do mnie nie pasuję i wolałabym odzyskać własne.
Eylass spodziewał się wybuchu śmiechu i zbagatelizowania całej sprawy, jednak wiedźma wpatrywała się intensywnie w Ashę, jakby czytała jej w najgłębszych zakamarkach umysłu.
- Zdajesz sobie sprawę, że by cię uwolnić potrzebujesz zwołać szabat? Trzynaście wiedźm… no bez ciebie dwanaście… musiałby wyrazić zgodę na odwołanie twojego wyroku. Zawsze cię lubiłam, ale zdrada, to zdrada… Złamałaś kardynalną zasadę i za to musiałyśmy cię skazać na uwięzienie. Czy warto było? Odbyłaś zaledwie ułamek tego czasu jaki miałaś tam spędzić.
- Nigdy o tym nie słyszałem, co takiego zrobiła?
- Eylass… - Asha kazała mu się uciszyć, ale Kyrie wydawała się nie widzieć protestu siostry.
- Naprawdę nie wiecie? To przez was straciła wolność.
- Że jak? Niby w jaki sposób?
- Nie jest to ważne – mruknęła nimfa oblewając się rumieńcem.
- Ależ jest! – Kyrie zaklaskała w dłonie – W końcu jej największym grzechem było dołączenie do waszej grupy, szukaliście jej po całym świecie, a ona pod imieniem Lorea…
- Kyrie! To sprawa tylko między nami!
- Już, spokojnie nie gorączkuj się tak, bo ci włosy się spalą.- popatrzyła na prawdziwe ognisko na głowie nimfy. – Jesteś pewna, że chcesz wrócić? To ciało wydaje się mieć wiele ciekawych funkcji.
- Tak, jestem pewna – wymamrotała ściskając z wściekłością zęby.
- To świetnie, niby powinnam cię od tego odwieść, ale co mi tam. Jednak mam warunek, w końcu niczego nie ma za darmo.
- Tak myślałam… czego chcesz?
- A to drobnostka… - machnęła ręką - Widzicie chcę byście zabrali w podróż moją uczennicę. Jest młoda, ale szybko się uczy.
- Gdzie jest haczyk?
- Haczyk? Ach… no tak haczyk? To dobra dziewczyna, tylko ma jedną poważną wadę… - pokiwała głową sama sobie przytakując – jest antymagiem… Nie działa na nią żadna magia, za to ona może z łatwością rozpraszać wszelkiego rodzaju zaklęcia. Zdolna dziewuszka, ale szkodnik straszny, gdy się na coś uprze. Czasem kota można dostać, dlatego wolałabym, byście pokazali jej świat i by nauczyła się tego, że magia to nie jedyne zagrożenie. – zastanowiła się ignorując krzywe miny swoich rozmówców. – A no tak mogłabym ją odebrać na sabacie… Więc co ty na to?
- Niech będzie, umowa stoi – Asha wyszczerzyła zęby i podała jej dłoń. Zrobiłaby teraz wszystko, tylko po to by zdobyć przychylność siostry, a niańczenie jakiegoś dzieciaka nie wydawała się najgorszą możliwą opcją.
Kyrie złapała przezroczystą rękę, a na skórze pojawiła się czarna wstęga, która niczym wąż obwinęła się na ich nadgarstkach, tworząc tarczę, która pulsowała chwilę, aż parę centymetrów od ich splecionych dłoni pojawił się zegar bez wskazówek i cyfr, jedynie stojące w miejscu miedziane zębatki wydawały się czekać aż ktoś je wprawi w ruch. Pomiędzy miejscami, gdzie powinny znajdować się cyfry widniały misternie wykonane rysunki zodiaków.
Kyrie wzmocniła uścisk, a na tarczy pojawiła się rzymska jedynka świecąca się złotą poświatą. Gdy zegar migotał chwilę i zniknął.
- Oto moje potwierdzenie. A teraz – pstryknęła palcami. Piękny salon zniknął, a ona sama wróciła do postaci kelnerki. – Poznajcie Rakszasę.
 

 
Rozdział 21
Wydawało mu się, że w jego stronę biegnie Asha. Zamrugał z niedowierzaniem, a obraz się na chwilę rozmył, a na miejscu jego ukochanej była nimfa.
- Erabre, na wszystkie świętości, co oni ci zrobili. – poczuł dotyk dłoni na swojej skórze. Przezroczyste palce zacisnęły się na kajdankach, a metal pod ich dotykiem stopił się niczym wosk. Chłopak opadł z trzaskiem na zimę, kończyny odmawiały mu posłuszeństwa. Usłyszał kroki dobiegające z karczmy. Poczuł dotyk koca na skórze i jak ktoś dźwignął go z ziemi. Spojrzał wpółprzytomny na mężczyznę. Chyba nigdy się tak nie cieszył na widok brata jak w tej chwili. Eylass wniósł go do karczmy i położył go przy kominku. Sam zdjął grube futro i dodatkowo nim go okrył. Gdy tylko zdał sobie sprawę, że chłopak stracił przytomność, groźnym wzrokiem zmierzył stojących w karczmie gapiów.
- Kto śmiał mu to zrobić! – warknął niczym wściekła bestia. Jednak ludzie nawet nie drgnęli na jego widok, jedynie mierzyli go chłodnym spojrzeniem czarnych oczu.
- Ten człowiek to złodziej, odbywał właśnie karę. – odparł monotonnym głosem właściciel.
- Karę? – powtórzył Eylass przez zaciśnięte zęby. – Prawie zamarzł!
- Proszę się uspokoić i oddać go, a nie podzielicie jego losu.
Dragon zaśmiał się bez cienia wesołości.
- Naprawdę myślicie, że od tak oddam wam brata, byście go z powrotem powiesili na tym mrozie? Wasze niedoczekanie.
Zanim wyciągnął miecz, poczuł na ramieniu rękę Nimfy. Pokręciła głową.
- Uspokój się, oni nie są prawdziwi.
Nishi spojrzał na nią, a następnie na ludzi w karczmie. W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć, że otaczający ich tłum jest jedynie iluzją. Nimfa zrobiła krok do przodu.
- Gdzie jest wasza pani? – zapytała. W pomieszczeniu rozniósł się śmiech.
- Któż to nas odwiedził! Czyż to nie wiedźma z jeziora? - tłum się rozstąpił.
Na barze siedziała wysoka dziewczyna w stroju kelnerki, jej włosy podskakiwały na wszystkie strony, a z jej ust wydobywał się radosny śmiech. – Tylko coś się ci zdziczało. – Nagle posmutniała. – Biedna Asha musiałaś naprawdę nisko upaść by opętać to wstrętne ciało. Co nie podobał ci się wybrany przez nas domek? – Zaśmiała się, a po jej smutku nie pozostał nawet ślad. Odchyliła się do tyłu przeczesując podobne do kociej sierści włosy.
Nimfa wydęła wargi, ale nic nie powiedziała. Mierzyła wzrokiem tysiąca iskier jedną z swoich sióstr. Wiedźma zeskoczyła z baru i podbiegła przyjrzeć się jej z bliska.
- No, no… świecisz się jak robaczek świętojański. I ta skóra jak bańka mydlana. – mruknęła obchodząc ją wokół.
- Witaj Kyrie, ty też się zmieniłaś. – uniosła wymownie brew – Urosły ci rogi, a skóra… - zamlaskała z dezaprobatą. – Chyba powinnaś zacząć używać jakiegoś specyfiku, bo na starość strasznie się poszarzałaś moja droga.
Wiedźma zatrzymała się w pół ruchu. Eylass przez sekundę miał wrażenie, że dziewczyna się skrzywiła, ale ta wybuchała wesołym śmiechem.
- Dobra stara Asha, zawsze umiałaś mnie rozbawić. – pstryknęła palcami, a sala opustoszała. Eylass patrzył jak włosy wiedźmy rosną z zawrotną prędkością, a oczy przybierają kolor głębokiego szkarłatu. Jej skóra stała się śnieżno biała, a strój pokojówki zamienił się w suknie z gorsetem, z koronkowymi wykończeniami. Na szyi widniał piękny przyległy do ciała naszyjnik, a w ręce pojawiła się elegancka fajka. Wszystko zwieńczał czerwony klejnot utkwiony po środku jej czoła i przechylony na bok kapelusz z kwiecistymi dodatkami. Pomieszczenie także się zmieniło. Teraz stali w pięknym gotyckim pokoju z dwukrotnie większym kominkiem z białego kryształu. Na środku stał stolik ze szkła i dwie luksusowe kanapy, na których piętrzyły się poduszki. Kyrie usiadła wygodnie na jednej z nich i wskazała miejsce naprzeciw siebie. Nimfa i Eylass chwilę się wahali, ale w końcu zatopili się w wygodnych siedzeniach.
- Więc co was tutaj sprowadza? – zapytała wypuszczając dym z ust.
- Szukaliśmy Erabre. – Stwierdził zimno Dragon, pomijając fakt, że zauważyli go dopiero wyglądając przez okno karczmy. Nishi z trudem powstrzymywał się w duchu, by nie rzucić się z mieczem na wiedźmę, ale w głowie huczały mu słowa Ashy, że ma pod żadnym pozorem nie prowokować jej do walki, w innym wypadku ona umywa ręce i mogą sami strać się o otwarcie wrót.
- Dobrze myślałam, że ta tandetna magia jaką poczułam od tamtego kochasia jest twoja. – spojrzała na nimfę - Zawsze nie miałaś gustu do zaklęć. A ta pieczęć na nim jest okropna. – pokręciła z niesmakiem głową. - Ciupkę przy niej pomajstrowałam, gdy spał. – stwierdziła dumna z siebie, na co włosy nimfy rozjarzyły się.
- Jak śmiałaś! - Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Kyrie westchnęła.
- Złodziej to złodziej, a u nas tak się takich karze… chociaż nie powiem – oblizała z pożądliwym wyrazem twarzy – Jest bardzo… ciekawy… miałam nadzieję na zobaczenie go w pełnej krasie i dołączenie do mojej rodzinki. Ale ktoś nam przerwał. – spojrzała z wyrzutem na swoich gości.
- I całe szczęście – mruknęła Asha. Zerkając na nieprzytomnego chłopaka, w jej oczach na chwilę wymalował się ból, który momentalnie zniknął. Zdała sobie sprawę, że pieczęć młodego Dragona całkowicie zniknęła. – Nie mów, że… Kyrie! Jak śmiałaś usunąć całkowicie pieczęć!
- Oj, nie panikuj. Przecież nic mu nie jest… no może trochę zmarzł…
- Chyba zamarzł…
- Jedno i to samo. – machnęła lekceważąco ręką. – Póki żyje, to nie ma znaczenia, ale muszę przyznać, że twarda z niego sztuka. Pomimo braku pieczęci, to coś nie chciało z niego wyleźć! Wyobrażacie sobie, a to uparciuch. - Spojrzała przenikliwym wzrokiem na Eylassa, ale skrzywiła się tylko i całą swoją uwagę poświęciła siedzącej przed nią nimfie. Nagle spoważniała.

 

 
Rozdział 20
Resztę nocy spędził na przewracaniu się z boku na bok. Uczucie, że coś nadal go obserwuje nie opuszczało go ani na chwilę. Zmęczonym spojrzeniem przeczesał po raz tysięczny pokój, marząc o chodźmy chwili spokojnego snu. Lecz, gdy tylko zamykał powieki wydawało mu się, że coś znajduje się w pokoju, a oczami wyobraźni niemal widział cienistą bestię, która wpatruje się w niego z dzikim głodem. Niemal podskoczył, gdy usłyszał pukanie. Ociężale wstał z łóżka i założył spodnie mrucząc, że za chwile otworzy. Zapiął pasek i uchylił drzwi, obdarzając gościa umęczonym wzrokiem. Na korytarzu stał mężczyzna, który dał mu poprzedniego dnia klucz do pokoju, oraz dwóch innych mieszkańców Północy.
- Przepraszamy za najście, ale doniesiono nam, że widziano pana na kradzieży. Jeśli pan pozwoli chcieliśmy przeszukać pana rzeczy.
Erabre tępo na nich popatrzył.
- Że co proszę? – zapytał nie mogąc uwierzyć w wścibskość tych ludzi i to, że ta mała smarkula go wrobiła. – To mnie wczoraj okradli, jeśli miałbym wdawać się w szczegóły. Radziłbym przeszukać pokój tej dziewczynki co mieszka na dole w pokoju bez numeru.
Mężczyźni popatrzyli na po sobie.
- Zresztą sam pan widział, że mnie okradli. – stwierdził oskarżycielskim głosem.
- Owszem, ale widziałem, też jak wrócił pan z dwoma sakiewkami w ręku.
Erabre naprawdę nie miał ochoty na tę beznadziejną rozmowę, po nieprzespanej nocy marzył jedynie o kąpieli i wróceniu do łóżka. Na domiar złego zaczynał powoli marznąć. Stanie w samych spodniach nie było najlepszym pomysłem w tych warunkach pogodowych na zewnątrz.
- Jeśli nie pozwoli mi pan przeprowadzić rewizji, będziemy zmuszeni wkroczyć siłą.
- A jeśli pan nie uszanuje mojej prywatności i nic pan nie znajdzie wtedy będę domagał się sowitego wynagrodzenia od całej waszej trójki. – posłał im groźne spojrzenie.
- Niech będzie – stwierdził właściciel karczmy z westchnięciem rezygnacji. – Ale nich się pan nie spodziewa taryfy ulgowej, gdy jednak znajdziemy sakiewkę.
- Niczego nie ukradłem, więc nie mam czego się spodziewać.
Otworzył drzwi i puścił całą trójkę do pokoju. Zastanawiając się jaka kwota zadowoli go, za tę wizytę. Mężczyźni podeszli wpierw do leżących na stole rzeczy. I pierwsze co wpadło im w oczy to białe sztylety. Popatrzyli na siebie przełykając głośno śliny. Śmieli dotykać rzeczy osobnika, który wilkiem patrzył na nich, oparty o futrynę drzwi.
- A to co? – jeden z mężczyzn podniósł sakiewkę.
- No chyba nie myśleliście, że podróżuje bez oszczędności. – zakpił.
- A gdzie druga? - Właściciel otworzył sakiewkę i sprawdził jej zawartość. - I co my tu mamy? – wyciągnął z jej wnętrza damski rubinowy pierścionek, którego Erabre nigdy wcześniej nie widział na oczy. – Taki pierścionek był w skradzionej sakiewce. Jest pan aresztowany za kradzież cudzej własności.
- Że jak? Ja go nigdy na oczy nie widziałem! Próbujecie mnie wrobić?! - warknął wchodząc do pomieszczenia.
- Ani kroku!
- O nie, nie pozwolę na oczernianie mnie za rzecz, której nie zrobiłem. Jak tylko dorwę tę smarkulę to ją rozszarpię na…
Nagle poczuł ostry ból głowy i padł po uderzeniu go patelnią w tył głowy.
~*~
Ocuciło go niewyobrażalne zimno i kubeł wody wylany na głowę. Nadgarstki skute miał wysoko nad głową, tak, że ledwo dotykał palcami do ziemi. Ciecz, którą na niego wylali niemal natychmiast zamarzła na jego nagiej skórze. Wściekły starał się wyrwać, ale nie poskutkowało, jedyne co zdziałał, to poważne otarcie nadgarstków. Spojrzał z żądzą mordu na osóbkę trzymającą z niewinną miną wiadro.
- Tak u nas karzemy za złodziejstwo. – mruknęła niczym aniołek Rakszasa.
- Ty smarkulo! Jak tylko się uwolnię, to przerobię cię na karmę dla Mroka!
- Kim jest Mrok? Nie ważne. I tak się nie uwolnisz, a nawet jeśli to nie będziesz miał siły by chodźmy ruszyć palcem. Nasza rasa jest dość odporna na zimno, ale po tym ile warstw ubrań miałeś na sobie, łatwo wywnioskować, że twoja jednak nie. Zamarzniesz na kość zanim twoja kara się skończy.
- Niech cię tylko dorwę!
Szarpnął się, ale jedynie sprawił sobie ból. Rakszasa pokazała mu język i uciekła do chaty, zostawiając chłopaka samego, mokrego i już poważnie zmarzniętego, a czekała go jeszcze cała doba w tym pozbawionym ciepła i słońca miejscu, daleko od ojczyzny.
Najpierw przestał czuć rąk, które drętwiały mu nie tylko od zimna, ale i od ciężaru własnego ciała. Wszystkie próby uwolnienia się pogarszały jedynie jego sytuację. Nie mógł zrozumieć, jak taka mała flądra tak go urządziła. Do tego wściekał się na właściciela karczmy, który jakby nie patrzeć wrobił go w bycie złodziejem. Po dwóch godzinach, gdy już niemal nie czuł ani kawałka swojego ciała, do objawów dołączyło to przeklęte uczucie obserwowania, które dręczyło go już od dłuższego czasu. Całą siłą woli starał się nie zemdleć, ale jak na złość powieki z każdą chwilą coraz bardziej mu ciążyły. Zdawało mu się, że słyszy kroki, z trudem podniósł wzrok na idącą ku niemu postać. Wstrzymał oddech, a serce zabiło mu szybciej.
 

 
Rozdział 19
Rakszasa przerażona cofnęła się w głąb pokoju. Nerwowo strzelała oczami szukając czegoś czym mogłaby znokautować nieproszonego gościa. Erabre nie miał zamiaru pobłażać dzieciakowi, który jego zdaniem nie ukończył nawet czternastu lat. Złapał jej nadgarstek w momencie, gdy dziewczyna chwyciła leżącą na biurku książkę i z całej siły zamachnęła się, jednocześnie z dziką furią stając mu na nodze. Chłopak syknął cofając się krok do tyłu, po czym wyrwał jej bezceremonialnie książkę z ręki i rzucił w przeciwległy kąt pokoju. Rakszasa z paniką próbowała pochwycić coś jeszcze ze stołu, ale Dragon był szybszy i jednym sprawnym ruchem unieruchomił ręce małej złośnicy .
- Au! – zawyła i jak na zawołanie w jej oczach stanęły łzy. – To boli!
- I ma boleć, rodzice cię nie nauczyli by nie kraść cudzej własności? - Wskazał głową sakiewkę leżącą na łóżku. – Nie wiem jak u was, ale w moim kraju coś takiego karane jest obcięciem ręki. – złowieszczo wyszeptał jej do ucha, a po plecach dziewczyny przeszedł dreszcz.
- To nie moja wina, zmusili mnie bym to zrobiła! – wychlipała zalewając się łzami.
- Nie nabierzesz mnie drugi raz.
- Ale to prawda! – zawyła – Jestem sierotą, a oni zmuszają mnie do kradzieży.
Erabre spojrzał sceptycznie na czerwoną twarz dziewczynki, jednak pomimo, że jej słowa były bardzo przekonywujące nie mógł uwierzyć by ktoś, kto jest na łasce innych miał taki pokój. Zdecydowanie nie trzymało się to kupy.
- Ach tak, biedaczysko, a moja sakiewka dziwnym trafem nie wylądowała w ich ręce. Tak się składa, że mam gdzieś, jakie miałaś powody. – Wyciągnął zza pasa sztylet z białej kości, na co oczy Rakszasy rozszerzyły się niemal dwukrotnie.
- Nie, błagam nie. – zaskomlała żałośnie.
Erabre uśmiechnął się przebiegle i skierował ostrze ku jej szyi. Zamilkła sztywniejąc, nie mogąc odwrócić od niego wzroku. Chłopak przeciął sznurek na jej szyi i pociągnął za niego, jakby od niechcenia wyciągając niewielką sakiewkę ze skóry, schowaną pod jej bluzką.
- Widzę, że dzisiaj miałaś udany połów. Uznam to za rekompensatę.
Oszołomiona Rakszasa stała jeszcze chwilę patrząc, jak Nishi podchodzi do łóżka i zabiera drugą sakiewkę, a następnie wychodzi jakby nigdy nic. Na odchodnym odwrócił się tylko z pełnym politowania wyrazem twarzy.
- A tak w ogóle to jesteś kiepską aktorką. – wyszedł zadowolony z siebie, ważąc zawartość obu sakiewek. Podszedł do barmana, który podejrzanie mu się przyjrzał.
- Kryzys zażegnany, zguba znaleziona. – położył przed mężczyzną drogocenny kryształ.
- Na piętrze, pokój numer siedem. Proszę, oto pański klucz.
Erabre wziął kluczyk i ruszył schodami na górę. Dopiero, gdy znalazł się w niedużym pokoju odczuł jak bardzo dały mu się w znaki godziny wędrówki w śniegu. Jedyne o czym teraz marzył to zatopić się w ciepłej pościeli i przespać kolejne parę dni. Rozciągnął się, z ciągając z siebie futra i przynajmniej trzy warstwy odzieży. Następnie wsunął się pod kołdrę przywołując w myślach jezioro dusz. Z tym obrazem pod powiekami zapadł w sen.

Obudził go jakiś dźwięk, uchylił powieki i czujnie rozejrzał się po pokoju, jednak nie zobaczył niczego co mogłoby mu zagrozić. Podniósł się i stanął twarzą w twarz z cienistą bestią wpatrująca się w niego gwieździstymi jak nocne niebo, oczami. Ostrożnie wymacał sztylet z nocnego biurka, nie odrywając wzroku od kreatury. Zamachnął się.

- Aa! – pisk niemal rozsadził mu uszy, a na miejscu bestii stała przerażona Rakszasa. Sztylet utkwił trzy centymetry obok jej twarzy. Erabre spojrzał na nią zaspanym wzrokiem. Rozejrzał się niespokojnie i ostatecznie doszedł do wniosku, że znów miał zwidy. Spojrzał na zdenerwowaną dziewczynę i przez chwilę żałował, że spudłował.
- No proszę kogo my tu mamy, nie nauczyłaś się po naszej ostatniej rozmowie?
Rakszasa pobladła, tak, że teraz jej skóra była biała jak śnieg. Spojrzała na sztylet wbity w szafę koło jej głowy i głośno przełknęła ślinę.
- Proszę oddaj moją sakiewkę. – spojrzała na niego błagalnie.
Spojrzał na nią jak na chorą na umyślę.
- Włamujesz się w środku nocy, do pokoju obcego mężczyzny, by ukraść sakiewkę, którą wcześniej ukradłaś? Czy ty masz w ogóle instynkt samozachowawczy? Chyba naprawdę chcesz stracić rękę. – wstał, a materiał zsunął się z jego nagiego ciała. Rakszasa spłonęła rumieńcem bezwstydnie wpatrując się w wspaniale wyrzeźbione męskie ciało. Erabre westchnął z politowaniem i okrył się prześcieradłem. Jeszcze zrobią z niego pedofila. - No więc co masz na swoją obronę?
- Jeśli mi nie oddasz mojej sakiewki powiadomię wszystkich, że jesteś złodziejem.
Dragon nie mógł powstrzymać śmiechu, takiego tekstu dawno już nie słyszał.
- Złodziejka, oskarży mnie o bycie złodziejem. – Jednak dziewczynie nie było do śmiechu. Patrzyła na niego z poważnym wyrazem twarzy i czekając aż chłopak się uspokoi.
- Jak myślisz komu uwierzą? Mnie, rdzennej mieszkance Północy, czy jakiemuś podróżnikowi ze Zachodu?
Erabre przestał się śmiać i musiał jej przyznać, że całkiem nieźle to sobie wymyśliła. Szczególnie, że miał talent do odpychania od siebie ludzi.
- Czemu więc od razu tego nie zgłosiłaś?
- Ja… - zamilkła szukając odpowiednich słów. Utkwiła wzrok podłogę. – Ja nie chciałam robić im problemu.
Erabre przeszył ją badawczym spojrzeniem. Wydawała się tak godna pożałowania, że aż niemal zobaczył w niej dziecko, które obarczone jest ciężarem zadbania o siebie samego. Dobrze znał to uczucie. Jednak on musiał stać się całkiem samodzielny jako młody chłopak, a ona już teraz musiała odpowiadać za wszystko co robi. Z westchnieniem podszedł do swoich rzeczy i wyciągnął małą sakiewkę. Jeszcze do niej nie zaglądał, ale teraz nie miało to znaczenia. Podał ją Rakszasie, tłumacząc sobie w duchu, że to nie tak, że się nad nią lituje, tylko dlatego, że nie chce kłopotów.
- Masz, ale jak cię jeszcze raz przyłapię na kradzieży, to nie spudłuje.
Dziewczyna pokiwała energicznie głową i wybiegła na korytarz. Erabre nie mógł dostrzec przebiegłego uśmiechu, jaki zagościł na jej twarzy, gdy tylko zniknęła mu z oczu.
  • awatar Zakira Luna: @Zakira Luna: Zakrztusiłam się mandarynką, która zalewa mi teraz laptopa, chyba nigdy min się to jeszcze nie przydarzyło- tekst o pedofilu mnie rozwalił :D Najlepsza komedia ever!!
  • awatar Zakira Luna: Zakrztusiłam się mandarynką, która zalewa mi teraz laptopa, chyba nigdy min się to jeszcze nie przydarzyło- tekst o pedofilu mnie rozwalił :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział 18
Kryształy śniegu odbijały światło księżyca, niczym rozsypane fragmenty szkła. Roślinność pokryta lodem trwała bez ruchu, jedynie wiatr zdmuchiwał z ich powierzchni drobne płatki i niósł je w kierunku gospody. Podmuch powietrza szarpał kapturem mężczyzny pozostawiając na jego złocistej skórze zimne pocałunki. Podróżny roztarł ręce koloru ciemnego miodu, po czym otworzył drzwi wpuszczając do pomieszczenia płatki śniegu. Lodowaty wiatr wpadł do karczmy bawiąc się ubiorem biesiadujących. Przybysz wszedł, a drzwi z trzaskiem wróciły na swoje miejsce, niemal natychmiast uderzył go hałas kłótni, śmiechów i pieśni granych przez zabawiającego gości grajka. Zajął wolny stolik i odetchnął zapachem smakowitego jedzenia i alkoholu. Ciepło przyjemnie szczypało mu policzki, co było miłą odmianą po mroźnych pocałunkach wiatru.
Zdjął kaptur i rozczesał czerwone włosy palcami.
- Co pan zamawia? – podniósł wzrok na kelnerkę. Pomimo miesiąca jaki spędził w kraju północy, nadal uroda mieszkańców tych terenów była dla niego egzotyczna. Szara skóra dziewczyny poprzeplatana była białymi żyłkami, a z pomiędzy włosów, które niezwykle przypominały mu kocią sierść wystawały dwa zakręcone do tyłu rogi. Kelnerka spojrzała na niego wyczekująco czarnymi jak węgle oczami, otoczonymi drobnymi pieprzykami.
- Danie dnia – stwierdził uśmiechając się do niej na co skrzywiła się nieznacznie, a widząc, że chłopak nie zamierza nic więcej zamówić ruszyła do kolejnego stolika. Jeszcze chwilę odprowadzał jej sylwetkę wzrokiem, gdy zorientował się, że on sam przyciąga nie małą uwagę. Westchnął. W końcu to on jest tu egzotycznym gatunkiem. Od domu dzieliły go tysiące kilometrów i skłamałby jeśli powiedziałby, że nie tęskni za lasami wygrywającymi liśćmi na wietrze dobrze znane mu melodie. Jego dusza z bólem wspominała także wiedźmę, która była miłością jego życia, a która bez cienia skruchy wyrzuciła go ze swojego serca. Potrząsnął głową uwalniając umysł od myśli. Kelnerka wróciła z parującym talerzem. Wydawała się zniesmaczona, że musi usługiwać obcemu. Erabre westchnął. Przyzwyczaił się już, że nie jest mile widzianym osobnikiem nie ważne, czy był w domu, czy na obcych ziemiach, na zawsze inni będą czuć do niego niechęć. Spojrzał na talerz i zabrał się do jedzenia.
- Przepraszam… - podniósł wzrok i dostrzegł dziewczynę bardzo podobną do kelnerki. Różniła się od niej jedynie wzrostem i zakłopotanym wyrazem twarzy. – Em… czy mogę się dosiąść? – zapytała, a jej szara skóra na policzkach zrobiła się bardziej biała.
Rozejrzał się po karczmie, jakby sprawdzał, czy ktoś nie robi sobie z niego żartów, po czym skinął głową. Dziewczyna jeszcze bardziej się zarumieniła i zajęła miejsce na przeciw niego.
- Jestem Rakszasa – zaczęła nerwowo, a gdy w odpowiedzi dostała jedynie wyczekujące spojrzenie, niemal zapadła się w sobie. – Skąd pochodzisz?
- A po co ci ta informacja?
- To nie tak… Ja… - jej twarz zrobiła się całkowicie biała, a w oczach już niemal stanęły jej łzy.
- Pochodzę z Zachodu – mruknął zrezygnowany, a ona nagle rozpromieniła się.
- Tak myślałam… Och przepraszam… widzisz rzadko u nas bywają podróżni zza granicy, a ja… chciałam…
Erabre spojrzał na nią i aż zrobiło mu się jej żal. Nie potrafiła powiedzieć ani jednego zdania nie trzęsąc się jak owieczka prowadzona na rzeź.
- Ja chciałam… byś opowiedział mi o Zachodzie… Czy to prawda, że tam nie ma księżyca?
Chłopak z politowaniem utkwił w niej wzrok, zastanawiając się, czy wygląda jak informacja turystyczna. W końcu w żadnym wypadku nie miał zamiaru opowiadać tej dziewczynie o swojej ojczyźnie.
- Jak pojedziesz to zobaczysz.
- Ale jak tam nigdy nie pojadę. – nadęła policzki jak obrażone dziecko.
- To już twoja strata, ale niebo Zachodu jest wartę obejrzenia, chociaż raz w życiu.
- No to mnie tam zabierz.
Erabre uniósł brew.
- Nie za młoda jesteś, na podróże z obcym mężczyzną?
Zarumieniła się po same uszy i nerwowo wykręciła palce.
- Nie miałabym nic przeciwko – mruknęła uciekając wzrokiem.
- Wybacz młoda, ale nie zabieram dzieciaków na wycieczki. – wstał od stołu i spojrzał na jej zszokowaną twarz. Nagle zachlipała i uciekła ocierając łzy. Patrzył chwilę na drzwi zaplecza za którymi zniknęła i westchnął, gratulując sobie z przekąsem podejścia do ludzi. Podszedł do baru i wynajął pokój na piętrze.
- Oto pański klucz. – Erabre sięgnął po sakiewkę i napotkał na pustkę.
- Cholera! Okradli mnie! – spojrzał w nieczułe oczy barmana i doznał olśnienia. – A to dziwka! Niech pan poczeka, za pięć minut będę z powrotem.
Ruszył z gniewem pomiędzy stolikami wypatrując dziewuchy, która go zrobiła na piękne oczy. Uchylił drzwi zaplecza i bezceremonialnie wszedł do środka. Uderzyło go gorące powietrze przepełnione zapachem jedzenia i odgłosy krzątających się kucharzy. Kucharka spojrzała na niego z uśmiechem.
- Szuka pan czegoś? – Erabre widząc jej życzliwą twarz uśmiechnął się.
- Szukam dziewczynki, która tu przed chwilą weszła, chciałem ją przeprosić.
Kobieta zastanowił się przez chwilę.
- Pewnie chodzi o Rakszasę – westchnęła – Nie wiem o co poszło, ale pewnie jest w pokoju na parterze. Łatwo pan znajdzie to jedyne drzwi bez numerka.
- Dziękuję bardzo… a i wyśmienicie pani gotuje – uśmiechnął się do niej, na co kucharka oblała się rumieńcem.
Erabre bez problemu znalazł wskazany pokój. Zapukał delikatnie w drzwi, na co po drugiej stronie usłyszał znajomy głos i odgłos kroków. Drzwi się otworzyły, a w nich stanęła Rakszasa. Chciała zamknąć z powrotem drzwi, jednak dłoń chłopaka skutecznie jej to uniemożliwiła. Dragon wszedł do pokoju, a wyraz jego twarzy wyrażał jasno, jak postępuje ze złodziejami.
_______________
Nie bijecie...
  • awatar Zakira Luna: cd. Nie potrafię wywnioskować, w jakim wieku jest Rakszasa... oświeć mnie :) Błędów jako takich nie znalazłam, pod koniec brakuje kilku przecinków, noi jeszcze to:"która go zrobiła na piękne oczy w konia" Nie za dużo? :P No, co miałam powiedzieć, to powiedziałam, podoba mi się i jutro oczekuję kolejnengo rozdziału
  • awatar Zakira Luna: W końcu! Żeby na nowo ogarnąć o co tu chodzi, musiałam "przekartkować" poprzednie rozdziały, a więc... bijemy!:D tyle razy, ile dni Cię nie było! Masz szczęście, że rozdział mi się podoba, ale po kolei: "ręce koloru ciemnego miodu"- padłam, jestem pewna że nie ten sam kolor mamy na myśli :P " Jego dusza z bólem wspominała także wiedźmę, która była miłością jego życia, a która bez cienia skruchy wyrzuciła go ze swojego serca"- I dobre mu tak!!! Rakszasa? hahahahah :D ROzwaliło mnie imię. Potem rozwaliło mnie jej zachowanie- taka bezpośrednia i zahukana jednocześnie... ale jaki podryw. " Opowiedz mi o swojej ojczyźnie! Nie, wiesz co? Najlepiej mnie tam zabierz! Nie mam nic przeciwko podróży z obcym facetem którego dopiero co poznałam! Nie chcesz? To może się rozpłaczę i wezmę cię na litość? " A może jest taka zdesperowana? MOja głowa już ma swoją teorię, ale nic nie powiem :P Ale spryciula! Pozazdrościć! O jojoj, chyba nie zrobi jej krzywdy? Szkoda by było :P cdn.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
- Nienawidzę cię!
Zamieram w bezruchu. Oddech mam przyspieszony, a serce obija mi się boleśnie o żebra. Chcę wyzwać cię od najgorszych. Powiedzieć, że ja też cię nienawidzę, że mam cię w poważaniu, ale nie potrafię wydobyć z moich ust dźwięku. Kręcę jedynie głową, zagryzając wargę i dławiąc płacz. Patrzysz na mnie z nienawiścią i zawodem. Spuszczam wzrok, a płacz ogarnia całe moje ciało. Policzki mam mokre do łez. Odwracam się, ocierając rękami oczy.
– I po co ryczysz?– serce ściska mi się, aż brak mi tchu. Z trudem łapię każdy kolejny oddech. - Ktoś ci umarł? – kpisz, ale wiedź, że tak. Właśnie w tej chwili, umarła cząstka mnie. Ta część, która zawsze była po twojej stronie. – Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię! – krzyczysz, łapiąc mój podbródek. Zmuszasz mnie bym na ciebie spojrzała, ale przez łzy nie widzę twoich oczu. Może to i lepiej? Nie mogę na ciebie patrzeć. To zbyt boli. A twoje słowa wciąż brzmią mi w uszach. Wyrywam się z twojego uścisku i zasłaniam rękami, czekając na cios. Werbalny, a zarazem fizyczny. Prychasz wściekły i wychodzisz bez słowa. Jeszcze długo nie zmieniam pozycji.
Wodzę pustymi oczami po równie opustoszałym pokoju. Każdy oddech sprawia mi ból, a w głowie odtwarzają się po raz tysięczny twoje słowa „Nienawidzę cię” w mojej głowie odpowiadam gniewem, smutkiem, obojętnością, ale rzeczywistość jest nieubłagana. Nie cofnę czasu, nie zatrzymam cię, nie zapytam, cię dlaczego. Już za późno. Wystarczyło jedno słowo, by zniszczyć naszą wieź. I tylko słowo mogło ją naprawić… Milcząc spopieliłam ostatnia szansę.
  • awatar Zakira Luna: buuuu.... :( Strasznie smutne, ale bardzo ładne, idealnie wpasowałoby się w mój "Syndrom..." haha :P Brakuje mi tylko melodii :)
  • awatar Kowalski, opcje!: Ojej... Tak pięknie przedstawiłaś tutaj to, co ja mam na co dzień w gronie tak zwanych "koleżanek". Jedno sowo może wywołać kataklizm, albo coś jeszcze gorszego.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Myślałam, że mój kot jest duży XD, jak się ma takiego na potworku, to pies nie potrzebny

 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Wyobraź sobie, że stoisz w pokoju bez drzwi. Jedynym wyjściem jest okno, położone tak wysoko nad ziemią iż upadek z tej wysokości, jeśli sprzyjałoby ci szczęście, groziłby natychmiastową śmiercią. Ach, ale nie bój się, gdyż w tej chwili bezpiecznie siedzisz w pokoju, w swoim ulubionym fotelu, popijając gorącą czekoladę. Nic ci nie grozi, spokój ogarnia twój umysł, a ty wiesz, że pomimo braku wyjścia, niczego ci nie brakuje. W końcu masz mnie. Ja zadbam, by twe serce nigdy nie było smutne, czy nieszczęśliwe. Pomimo, że nie możesz mnie dostrzec, uważnie cię obserwuję. Rozmawiam z tobą, gdy zabraknie ci towarzystwa, utulam śpiewem do snu gdy nie możesz usnąć.
Więc czemu nie chcesz obdarować mnie uśmiechem? Dlaczego siedzisz w bezruchu, a twe oczy są puste? Ach no tak… nie przejmuj się, dla mnie najważniejsze jest to, że nareszcie możemy być razem… razem na wieczność. Czyż to nie jest spełnienie marzeń? Dla mnie nie musisz nic mówić, nie musisz jeść, oddychać, wystarczy mi, że wreszcie nie czujesz bólu i jesteś szczęśliwy… w końcu obiecałeś mi, że będziesz mój, gdy spełnię jedno twoje życzenie.
Jedna kropla trucizny w twoim napoju uczyniła nas oboje najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Ja mogę zostać z tobą na zawsze, a ty… wreszcie stałeś się wolny.
Godziny dłużą się w miesiące, a dni w lata, czas już dawno zgubił mnie gdzieś po drodze. Nie zostało mi już nic. Marzenie rozsypało się w pył wraz z twym ciałem. Opuściłeś mnie mimo obietnicy. Wieża bez wyjścia, która od wieków była mi domem, stała się po twoim odejściu więzieniem rozpaczy… Skoro świat o mnie zapomniał… Skoro ty o mnie zapomniałeś, to czy mam obowiązek trwać tu dalej?
Odpowiedź jest prosta… skoro ty możesz być wolny i latać w przestworzach, to czemu ja miałabym tu trwać bez ciebie. Podchodzę do okna i upajam się plączącym się w moich włosach wiatrem. Wyczekuj naszego spotkania, gdyż nie ważne gdzie teraz jesteś… odnajdę cię, choćby na końcu świata.
 

 
Rozglądam się po barze próbując zlokalizować jakieś miejsce, które pozwoliłoby mi w spokoju przeczekać najbliższe godziny. Pomieszczenie nie grzeszyło wielkością, a tym bardziej nie powalało na kolana swoim klimatem, ale z braku laku i on może się do czegoś nadać. Szczególnie, że o godzinie ósmej rano jedynymi klientami jacy w nim przebywali w tej chwili, była nasza czwórka baranków ofiarnych, która tego dnia miała zostać rzucona na pożarcie znajomości praw drogowych i umiejętności jazdy samochodem, oraz dwie kobiety czekające prawdopodobnie w tym samym celu… no bo kto normalny siedzi w tym… za przeproszeniem… obskurnym barze o ósmej rano w środku tygodnia. Z westchnieniem zajmuję stolik przy oknie i wyciągam z torebki przyrządy do rysowania. Rozglądam się jeszcze ostatni raz po sali sprawdzając, czy przypadkiem instruktor czegoś ode mnie nie chcę. Nie widząc go, wzruszam jedynie ramionami i zaczynam się brać do pracy. Nie jestem nawet w połowie szkicu, gdy czyjś śmiech wyrywa mnie z zamyślenia. Zaskoczona tym nagłym wybuchem wesołości mimowolnie podnoszę wzrok z nad kartki papieru i dostrzegam szatynkę, która napotykając moje spojrzenie, uśmiecha się do mnie promiennie. Widząc to mimowolnie odwzajemniam uśmiech, na co dziewczyna puszcza mi oczko… Przez moment nie wiem co z sobą począć, jednak w końcu udaje mi się wrócić do wcześniejszego zajęcia, a sama wmawiam sobie, że przed chwilą nic nie zaszło… może tutaj to zwyczaj powitania?
- … rozumiesz? Dziewczyna ideał, oczko w głowie mamusi. Olimpijka w różnych przedmiotach i tak dalej… serio… może ciężko w to uwierzyć, ale do tego była strasznie ładna. Wysoka. Długie blond włosy. No idealna. Wyobraź sobie jak jej matkę szlak trafił, gdy na jej lekcjach jadłam lunch przygotowany specjalnie dla jej kochanej córusi i nie mogła nic z tym zrobić. - Czyżby kradła lunch szkolnej gwieździe? A co miała do tego jej matka? Nie rozumiejąc jej motywów potrząsnęłam lekko głową. A co mnie to obchodzi… Mogłaby mówić ciszej, przez nią nie mogę się skupić na rysowaniu…
- Serio? I nie mściła się?
- A tylko by spróbowała. Jasno jej powiedziałam, że jak nie będę mieć trójki na koniec, to mój związek z jej córcią potrwa kolejne dwanaście miesięcy, wiesz ta laska, była we mnie wpatrzona jak w obrazek, a wystarczyło zaciągnąć ją do łóżka. Jej mamusia nie mgła ścierpieć, że jej idealna córka jest lesbijką, i tym sposobem na moim świadectwie jako jedynej, w całej historii mojej budy miałam trójkę na świadectwie z chemii u tej baby, a ty? Jak rozwiązałaś problem tego faceta od historii? -Bosz… a więc mi się nie przewidziało… Lesba puściła do mnie oczko, super… Ale serio co za świństwo współczuję tej dziewczynie, chodzić z kimś kto chce cię tylko wykorzystać do własnych celów. Paskudne, nieetyczne… czyste chamstwo.
- Mogę się przysiąść? - Zakłopotana podnoszę wzrok i ku mojej uldze widzę chłopaka, który dzisiaj ze mną przyjechał. Może to dziwne, ale jego obecność jakby jasno definiuję moją orientację i zapewnia mi choć trochę poczucie bezpieczeństwa. Czemu oczka puszczają mi tylko dziewczyny? Czy świat już totalnie przewrócił się do góry nogami?
- Jasne. – Zapraszam go i kątem oka spoglądam na szatynkę. Dziewczyna wpatruję się we mnie z głodem w oczach. Boziu… niech szybciej przychodzi ten instruktor!

  • awatar Kowalski, opcje!: Le... Le... Lesbijką?! Opanuj się Kate, namiętnie czytasz mangę yurii. Świetne, nie znam jeszcze nikogo kto by napisał opowiadanie o lesbijkach. U mnie na blogu dzisiaj Legolas.
  • awatar Zakira Luna: Śmieszy mnie za każdym razem tak samo :D
  • awatar Sayori Nekomori: Ugh, jak ja nienawidzę takich... damulek >.< Aż ręka świerzbi! No po prostu chamstwo! Przyjemnie się czyta takie historie z życia wzięte ^^ Po całym dniu nauki coś takiego jest bardzo dobre na odstresowanie się ;) Ty po prostu czytasz w moich myślach!!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Trochę spóźnione, bo prezenty zapewne już rozpakowane, ale moi drodzy, życzę wam:
Szczęścia, zdrowia, pomyślności, dużo radości, miłości, znakomitości, by wigilijna ciąża spożywcza szybko się skończyła. A także by pinger więcej nie szalał, by wena wam zawsze dopisywała, by każdy znalazł czas na to co kocha i by ten rok szczęścił wam na na każdym kroku.
Życzę wam dużo prezentów, duchowych i tych materialnych - by pod choinką i w serduszku nigdy nie było pusto
  • awatar Sayori Nekomori: Wesołych Świąt!! Co z tego, że już po :D
  • awatar Kasiutek_89: Wesołych Świąt, rodzinnej atmosfery, radości, pogody ducha i super prezentów ;)
  • awatar Kowalski, opcje!: Rozpakowane, aczkolwiek nie wszystkie. U mnie na blogu prezent w postaci one-shota z Legolasem. Zapraszam serdecznie po odbiór. ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 

Niebo przeszywa piorun, rozświetlając pogrążone w półcieniu pomieszczenie. Z tępym spojrzeniem spoglądam na pustą kartkę, która nosi świeże plamy spadłych na nią łez i nie ważne co bym chciała na niej napisać nie jestem w stanie ruszyć dłonią. Kolejna łza odrywa się od mojego podbródka by upaść bezgłośnie na papier. Ściskam mocniej długopis, przygryzając przy tym wargę i drżącą dłonią kreślę duże litery, a każda z nich jest czymś co utwierdza mnie w przekonaniu, że to rzeczywistość. Przedrostek "Świętej Pamięci" kole moje oczy i jedynie całą siłą woli powstrzymuję się by nie zgnieść kartki i nie wyrzucić jej do kosza. Jej imię przywołuje niezliczoną ilość wspomnień, gdy razem spędzałyśmy czas, a teraz.... wycieram dłonią łzy i nabieram głęboko powietrza. Co za paradoks, bo to właśnie do niej bym teraz poszła, by wylać przed nią swój smutek. Usłyszeć słowa pocieszenia i nawet jeśli nie byłoby złotego środka, ona by jakiś znalazła. Płakałaby razem ze mną, niezauważalnie zabierając mi z barków ciężar. Ale jej już nie ma. Poniżej jej imienia zapisuję datę urodzenia. Jak to mogło się stać, że pomimo, że byłyśmy w tym samym wieku, ona odeszła pierwsza? Kręcę głową by oczyścić umysł. Nie wolno mi teraz o tym myśleć muszę to napisać. Niemal ryję w papierze datę o siedemnaście lat starszą, Znienawidzony dzień, który zabrał mi moja najlepszą przyjaciółkę. Kto teraz będzie kończył za mnie zdania? Kto będzie zawsze po mojej stronie? Kto będzie na tyle szczery by wytknąć mi moje wady, ale nie ze złośliwości, ale z czystej troski. Wypuszczam długopis z dłoni, a on delikatnie się toczy, by zatrzymać się tuż przed datą jej śmierci. Zawsze mówiła, że chciałaby odejść we śnie. A nawet to nie było jej dane, bo... biorę głęboki wdech i opieram czoło o dłonie. Pewnie w tej chwili włożyłaby mi palce między żebra zaczęła się śmiać z mojego załamania, stwierdziłaby, ze łzami w oczach, że przecież tak musiało być i chciałaby bym się rozchmurzyła. Potem zaczęłaby się wygłupiać, wzdychać, wspominać, a przede wszystkim kazałaby mi pisać, by mogła to później przeczytać. Podniosłam długopis i przyłożyłam jego końcówkę do kartki. Niebo za oknem rozbłysło od uderzenia pioruna.

Idę między nagrobkami z małym tłumkiem żałobników. Ogarnia mnie złość gdy widzę dwie dziewczyny gadające w najlepsze o ciuchach, które dzisiaj założyły. Mierze je uważnym spojrzeniem zastanawiając się kim one mogą być. Sprawa wyjaśnia się gdy uzmysławiam sobie, że widziałam je na jej zdjęciu klasowym. Więc prawdopodobnie z obowiązku przyszły, razem z resztą jej klasy. Rozglądam się po twarzach żałobników rozpoznając paru naszych wspólnych znajomych, a także ludzi, których znałam tylko z jej opowieści. A jednak pomimo tego, wokół była znaczna grupa ludzi, których nawet nigdy nie widziałam na oczy. A jednak gdy wsłuchałam się w ich głosy, oprócz litości i żałowania tego, że odeszła "tak młoda dziewczyna", nie poczułam takiego żalu jaki właśnie trawił moje wnętrzności. Oni nawet jej dobrze nie znali. Przyszli by zobaczyć się z rodziną poplotkować, zobaczyć jak jej rodzina przezywa najgorszy moment w ich życiu... ale nie po to by ją pożegnać. Sztuczne łzy pojawiają się dopiero przed jej rodzicami, a tak to powietrze ogarnia tylko żal... że śmierć zabrała ze sobą tak młodą dziewczynę, że cały czas jaki poświęciła na naukę, że ten trud, który włożyła w swoją przyszłość poszedł na marne. Mówili, że chciała być lekarzem, a tylko ja wiem, że sama nie wiedziała kim chce być, tylko ja wiem ile trudu kosztowała ją ta praca by nikogo nie zawieść. Tylko mi zwierzała się, że nie daje rady, że czasami chciałaby uciec od tego wszystkiego. A jednak świadomość, że może pomóc rodzicom, że w przyszłości odwdzięczy się za całe okazane jej dobro pchało ją do przodu. Co z tego, że nigdy nie miała na nic czasu. Dla mnie było to czymś wyjątkowym, bo te cudem wydarte z gardła minuty jakie mi poświęcała, były wyjątkowe. Pochód zatrzymał się. W powietrzu rozniósł się dźwięk skrzypiec. Delikatny i przerażająco smutny. Jej instrument. Łzy same spłynęły po moich policzkach. Nie wstydziłam się ich, bo tu stojąc przed spuszczaną do grobu trumną, żegnałam moją bratnią duszę, przyjaciółkę, mojego jedynego sojusznika.

  • awatar Sayori Nekomori: Czytając to musiałam zatrzymywać się w trakcie, aby otrzeć łzy, bo tekst mi się rozmazywał. Nie mam pojęcia, co napisać. Może tylko tyle, że to jest cudownie napisane
  • awatar Seiti: Czemu nie ma nic nowego?
  • awatar Art et la Vie: Śmierć, burza, pogrzeb, cmentarz - wszystko to stwarza bardzo smutny nastrój.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 

Błyskawica przeszyła na wskroś niebo, a jej grzmot rozniósł się echem po całej Grecji, zwiastując niezadowolenie gromowładnego boga. Zeus z pulsującą na skroni żyłką patrzył jak dwójka jego dzieci nawzajem sobie dogryza i trwoni czas na nierozstrzygnięte spory. Pomiędzy dwójką bóstw toczyła się odwieczna wojna, jednak, żadne z nich nie było wstanie przewyższyć swojego przeciwnika. Nieważne czy to szachy, czy olbrzymia wojna, nigdy nie wyłonił się zwycięzca. Zirytowany bóg nie mógł już dłużej patrzeć jak nieudolnie z sobą konkurują. I bynajmniej nie chodziło tu o dobro jego podopiecznych, raczej martwił się o Olimp, któremu od paru dni groziła destrukcja z rąk bogów wojny. Normalnie sprzeczki inteligentnej Ateny i odważnego Aresa, zapewniłyby mu rozrywkę, ale właśnie przed sekundą, bóg wojny nieopacznie zniszczył tron swego ojca. W oczach Zeusa pojawiły się pioruny gniewu, w jego dłoni ukazała się błyskawica, złote włosy zafalowały od zerwanej zawieruchy. Wściekły bóg wrzasnął, a po Olimpie rozniósł się odgłos gromu.
- Precz z moich oczu! Do czasu, aż się nie opanujecie macie zakaz wstępu na Olimp, jeśli was zobaczę każe wam sprzątać u Augiasza.
Światło rozbłysło na całej górze owijając całkowicie nie przygotowanych na taki obrót spraw bogów. Nim zdążyli wyrazić swoje niezadowolenie wszystko wokół nich zniknęło, a oni stali nad brzegiem morza. Ares, potargał wściekły swoje czerwone jak ogień włosy i podszedł do lodowato spokojnej bogini, z wściekłością wypisaną na twarzy. Poczym uśmiechnął się z wyższością.
- Walcz ze mną.
Atena spojrzała na boga jak na bezmózgiego robaka, który śmiał wejść w zasięg jej wzroku.
- Prymitywie, czyż nie dotarło do ciebie, iż ojciec nas wygnał za twą nieudolność?
Czerwonowłosy bóg zmarszczył gniewnie brwi i sięgną ku swemu ostrzu, jednak jego ręka napotkała na pustkę. Z wściekłością zawył zamachnął się na stojącą przed nim boginię, która gładko uniknęła ciosu. Ręka boga zawisła w powietrzu. Mężczyzna zaśmiał się barwnym głosem.
- Chcesz się poddać? – wymruczał do jej ucha.
- Nie, chcę zaproponować rozejm w postaci ostatecznego zakładu. – uśmiechnęła się, ale jej oczy nie zmieniły wyrazu. Położyła dłoń na pokaźnych mięśniach boga wojny i boleśnie zadrapała paznokciem jego złotą skórę. W oczach mężczyzny zalśnił wewnętrzny ogień podekscytowania. – Zasady są proste, by taki prymityw jak ty mógł je zrozumieć.
Mina boga zrzedła, jednak chęć pokonania bogini, wzięła nad nim górę, a wewnętrzny ogień gniewu buchnął od niego impetem. Bogini niewzruszona na jego zachowanie stwierdziła.
- Naszym celem jest... - zastanowiła się chwilę i nagle coś w jej oczach rozbłysło - kradzież kapci ojca.
Ares spojrzał na nią zaskoczony poczym pochłonęły go płomienie, a na twarz wypłynęła zwycięska satysfakcja.
- Jak się znów zobaczymy, będziesz mi bić pokłony– roześmiał się i zniknął.
Bogini stała przez chwilę niewzruszona. Jednak gdy do jej uszu dotarł przeraźliwy grzmot jej usta rozciągnęły się we wrednym uśmiechu.
- Miłego sprzątania braciszku.


  • awatar Zakira Luna: Utożsamiam się z Ateną XD
  • awatar Kowalski, opcje!: Szacun mistrzyni moja. Dobrze, ze czytam to już po napisaniu swojego, bo teraz mam miazgę zamiast mózgu. Twoje opowiadania sa tak piękne, ze rozwalają system. Zapraszam na kontynuację fanfica o Legolasie.
  • awatar SallyLou: Padłam i nie wstanę :D Moja wyobraźnia odmawia posłuszeństwa i nie mogę sobie wyobrazić boga wojny, który myszkuj po Olimpie w poszukiwaniu kapci gromowładnego tatusia. Biedny Ares, nie powinien się zakładać z Ateną, bo wiadomo, że bije go mądrością na głowę. No a teraz będzie miał trochę "brudnej" roboty. Augiasz się ucieszy :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Błysk ostrza przeszył powietrze, odcinając mi pasmo zakurzonych, zlepionych krwią włosów. Pot na skórze zmieszał się z stróżkami posoki wolno wypływającej z poniesionych przeze mnie ran, by podczas uników, złudnie podobnych do akrobacji artysty, rozprysnąć się na rozgrzanej od ognia ziemi. Światło płomieni, trawiących gruzy mojej duszy, odbijało się od twoich oczu. W powietrzu unosiły się płatki popiołu, które niczym śnieg przykrywały otaczającą nas rzeczywistość. Na straży naszego pojedynku stały płomienie, czekające niczym hieny na wynik bitwy, by pożreć przegranego. Przez te wszystkie lata nieprzerwanych wojen, nie doznałam skrajnego wyczerpania, ni bólu na tyle silnego, by wypuścić ostrze z dłoni, bo wiem, że gdy ugną się pode mną kolana, przegram nie zaznając smaku zwycięstwa. Miecz stał się mą dłonią, a ona mym obusiecznym orężem. Każdy zadany ci cios mnie przeszywa trzykrotnie mocniej. Bitwa na śmierć i życie, bez nadziei na ucieczkę, czy zwycięstwo. Jednak, czasami przychodzą dni, gdy opuszczają mnie siły, a ja marzę jedynie o śmierci z twoich rąk. By poczuć twe ostrze w swoim ciele i zakończyć odwieczny bój. I tak umrę. Mój los jest przesądzony od momentu, gdy podniosłam oręż z ziemi i zapragnęłam żyć. Nieznajomy, a czemu ty walczysz? Dlaczego twą twarz skrywa maska? Ach… czemu zawsze, gdy twój miecz jest już o krok od celu, me ciało zaczyna się buntować i samo ucieka, przed ostatecznym ciosem. Boję się. Me wnętrzności trawi niepokój, że nasza walka nigdy się nie skończy. Jednocześnie boję się tego co mnie spotka, gdy oddam światu swój ostatni oddech. Twoje ostrze dosięga mojego ramienia rozcinając niedawno zagojoną ranę. W oczach stają mi na moment łzy, jedynak ty nie czekasz, aż zdążę syknąć z bólu. Z zimną krwią łamiesz mi serce na milion kawałków. Usta zamierają mi w niemym krzyku. Podczas upadku strącam ci maskę i dostrzegam zimne spojrzenie własnych oczu. A więc to tak… to oznacza śmierć… Porażkę, w walce z samym sobą…
Miecz z cichym łoskotem wypadł mi z dłoni.
  • awatar SallyLou: Czytając to można czuć prawdziwy ból i strach. Można wczuć się w emocje bohaterki i zobaczyć walkę jej oczami. I jeszcze zwrot w stronę swego zabójcy... Majstersztyk!
  • awatar Zakira Luna: Nie wiem co powiedzieć... muzyka, narracja, zwracanie się per "ty", to wszystko mnie zaczarowało - kiedy tu weszłam i zobaczyłam ten tekst, była to dla mnie wielka niespodzianka, ale wiesz co? Ostatnie zadanie wykonałaś z wielkim hukiem! Mam wrażenie jakbym znajdowała się w tej walce, to wszystko przeszywa mnie za wskroś... niezaprzeczalnie najlepsze co dziś przeczytałam :) Muzyka idealnie wpasowuje się w momenty, jakby to ona była stworzona do tekstu, a nie odwrotnie... czytam i czytam, znam już prawie na pamięć! :D P.S. Ach ty niedobra, nawet się nie pochwaliłaś!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Mężczyzna podniósł srebrną manierkę do ust i łapczywie sączył jej życiodajną zawartość. Z kącików jego spierzchniętych warg uciekła cienka strużka wody, która wydawała się być osobliwą rzeką na skórze wędrowca, której celem była ucieczka przed wszechobecnym żarem. Kropla przezroczystej cieczy spadła na spękaną od słońca ziemię, barwiąc glebę na ciemny brąz. Wilgoć rozeszła się po piasku, nie pozostawiając po sobie ani śladu. Pustynia pogrzebała kolejną swoją ofiarę. Mężczyzna potrząsnął pustą już manierką, z której nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Zmrużył gniewnie oczy i ruszył w dalszą podróż przez suchy ocean. Upalny wiatr odprowadził go w dalszą podróż zdmuchując ziarenka piasku z miejsca, gdzie pustynna ofiara została przyjęta. Mikroskopijne kryształki zsuwały się, ukazując chowaną pod swoją powierzchnią niewielką uschniętą roślinkę. Złudnie podobna do kamienia trwała wystawiona na działanie niszczycielskich warunków. Jej zwinięte z przestrachu płatki zafalowały, jak u żywej istoty. Delikatnie z niemym namaszczeniem rozłożyły się ukazując pustynny kwiat lotosu pływający na bezkresnym oceanie piasku. Niczym przywołany do życia szlachetny kamień. Wyjątkowy, ukryty przed całym światem, a zarazem niesamowicie samotny.
  • awatar Kowalski, opcje!: Kurczę, muzyka strasznie nastraja. I zastanawiam się czy to tylko takie luźne przemyślenia, to co ci wpadło do głowy, czy może początek większej całości, czegoś niewyobrażalnie pięknego.
  • awatar SallyLou: Znowu zmuszasz mnie do głębszych przemyśleń i szukania ukrytych treści ( a u mnie to leży i kwiczy :D ). Chciałabym tak umiejętnie dobierać słowa. Podoba mi się motyw tej kropli wody i roślinki. Cudo po prostu!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
UWAGA!!! CZYTAĆ JEDYNIE Z MUZYKĄ!
Skrzydła zatrzepotały wzbijając opierzone ciało ku niezmierzonym przestworzom nieba. Ptak wznosił się w powietrze, a z jego białego jak śnieg ogona uwolniła się puszysta lotka. Chwilę szybowała na wietrze, by opaść pod stopy cicho płaczącej niewiasty. Ręce kobiety skrępowane były szorstkim sznurem, drażniącym spuchłe od otarć nadgarstki. Wzrok zebranej wokół niej gawiedzi, taksował jej drobną sylwetkę pogardliwym spojrzeniem. Dziewczyna uniosła twarz ku niebu. Po rumianym policzku spływały słone krople. Ogień przeskoczył z pochodni na drewniany stos. W jej oczach odbił się kształt płomieni wysuszając na proch łzy. Delikatne włoski piórka skręciły się i rozsypały zabierając z sobą duszę dziewczyny w ostatnią podniebną podróż.
  • awatar SallyLou: Cholera, Lisa, udało Ci się w tych kilku zdaniach wycisnąć mi z oczu łzy. Połączenie muzyki i słów dało tak niesamowity efekt... Czy to średniowieczny proces kobiety oskarżonej o czary? Bo odniosłam takie wrażenie, choć znając mnie mogę się mylić... Niemniej jednak ten one-shot porusza dogłębnie serce. Doskonale z wizualizowałaś tą scenę... Padam na kolana z zachwytu. I chcę więcej!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

livli5
 
zakiraluna
 
Rozdział 9
Ostatnie co usłyszała, to odgłos ryglowania drzwi. Chociaż starała się zachować zimną krew, tak naprawdę była przerażona- nie miała pojęcia, czego chcą od niej ci obrzydliwi mężczyźni, ani nawet gdzie się znajduje...jak bardzo zapragnęła znowu usiąść przy swoim małym, znienawidzonym biurku w pracy, jak bardzo chciała znów usłyszeć docinki szefowej! Ale była tutaj...
Kim jest ten mężczyzna? Przeszło jej przez głowę, przypominając sobie to zielone, przeszywające spojrzenie, kwadratową szczękę ozdobioną kilkudniowym zarostem i czarne, ścięte na żołnierza włosy...mężczyzna który przykładał jej lód do bolącego policzka i który później obronił ją przed ciosem tego brutala był niezaprzeczalnie atrakcyjny. I równie niezaprzeczalnie niebezpieczny.- Przeszło jej przez głowę, po czym podwinęła kolana pod brodę, mocno objęła je rękami i zaczęła lekko kołysać się w przód i w tył- miała nadzieję, że w ten sposób zimno nie będzie tak intensywnie przenikać jej ciała. Powiedziała mu, że nie jest głodna- oczywiście było to kłamstwo, tak naprawdę czuła się wściekle głodna, miała wrażenie że od ostatniego posiłku minęła wieczność. Po chwili zastanowienia zdała sobie sprawę, że prawie tak jest: jej ostatnim posiłkiem był lunch w pracy o piętnastej, od tamtej pory nie miała w ustach nic innego. Która godzina?- Przemknęło jej przez myśl i pierwszy raz w życiu zaczęła żałować, że nie nosi zegarka. Co za głupota - pomyślała po chwili- Przecież nawet gdybym go nosiła, przed snem na pewno bym go ściągała...-Ale co miała zrobić? Przyznać mu rację? ,,Tak, w sumie to jestem bardzo głodna, mógłbyś zmówić pizzę?"- Ani nie potrzebuje, ani nie chce jego łaski, woli zdechnąć z głodu. Bolały ją oczy, miała wrażenie, że czuje pod nimi kryształki piasku...ale ani myślała położyć się spać. Powiedział że wróci...jeżeli to prawda, to woli czuwać. Zaczęła liczyć oddechy by nie popaść w obłęd i jednocześnie, by zająć czymś myśli. Pięćset czterdzieści oddechów później chciała zmienić pozycję i zdała sobie sprawę że właściwie nie czuje palców u stóp...były równie skostniałe co dłonie, jej skóry już nie pokrywała gęsia skórka, zrobiła się za to sina, na całym ciele pojawiły się brunatne plamy świadczące o wyziębieniu. Zignorowała to wszystko i oparła się plecami o betonową ścianę, jednocześnie prostując nogi, zaraz jednak odskoczyła jak oparzona, przypominając sobie ślady jakie zdobią to pomieszczenie...niepewnie pochyliła się i położyła głowę na pryczy- była twarda i niewygodna, już gdzieś czuła coś takiego, tylko nie mogła sobie przypomnieć gdzie...po chwili prawda spadła na nią niczym grom z jasnego nieba, wszystkie wspomnienia wróciły, niemal widziała biegające dzieci w skromnych, niebiesko-białych fartuszkach i otyłe zakonnice...sierociniec.
Spędziła w nim pierwsze osiemnaście lat swojego życia, z tego co się dowiedziała, kobieta która wydała ją na świat natychmiast ją oddała, zaś o ojcu nie było wiadomo nic. Prawdopodobnie nawet jej matka do końca nie wiedziała kto nim jest...Nigdy nie tęskniła za rodzicami, jak można tęsknić za czymś czego nigdy się nie miało? Jedynie kiedy żyjąc już na własny rachunek, opuściwszy mury sierocińca dostrzegała w kawiarni czy parku dwie kobiety- w jej mniemaniu matkę i córkę- roześmiane, trzymające się za ręce, czuła dziwny ucisk w sercu...Też by tak chciała, też chciałaby mieć kogo odwiedzać i z kim spędzać święta...teraz, kiedy została porwana, mocniej zdała sobie sprawę ze swej samotności. Kto pierwszy zorientuje się że jej nie ma? Bank? Szefowa? Kto będzie się martwił? Nikt. Nie miała nikogo. Była w kilku związkach, ale żaden nie okazał się udany. Zamknęła się więc we własnym świecie, pogodziła się z myślą że skończy jako stara panna i że nigdy nie będzie miała dzieci...Nie wiedziała co robi źle. Nikt nie pokazał jej jak ma się zachowywać, nie miała osoby, na której mogłaby się wzorować... Całkiem położyła się na prowizorycznym łóżku, nogi oczywiście wystawały jej ponad jego końce...przymknęła oczy, choć nie miała zamiaru spać- chciała zatrzymać łzy, które zdawały się wypłynąć lada moment. Jeżeli chodzi im o okup, to mogą od razu mnie zabić... – Przeszło jej przez głowę i wtedy drzwi celi otworzyły się z głośnym trzaskiem. Gwałtownie podniosła powieki, do celi wkroczył znany jej już mężczyzna, w ręku trzymając duże pudełko. Był niewyobrażalnie wysoki, by wejść musiał mocno się pochylić, ciemna koszula podkreślała śniadą cerę i muskularne ciało. Posłał jej szeroki, amerykański uśmiech.
– Obudziłem cię? – Nie miała ochoty na słowne przepychanki, więc bez słowa podparła się łokciem i usiadła na łóżku, spuszczając nogi na podłogę. Mężczyzna postawił pudełko na ziemi i sięgnął po coś.
– Łap! – Odruchowo wyciągnęła ręce i sekundę później trzymała w dłoniach duży, czarny koc. Patrzyła na niego, nie do końca wiedząc jak się zachować; bardzo chciała otulić się tym szorstkim, ale i tak idealnym pledem, z drugiej strony on pewnie właśnie tego chciał prawda? Na szczęście Creig postanowił skrócić jej rozmyślania, delikatnie wyjął jej z rąk czarne zawiniątko, rozłożył w rękach i mocno otulił chude ramiona- natychmiast zrobiło jej się przyjemnie ciepło. Mężczyzna ułożył jej krawędzie koca na odsłoniętych kolanach i przyjrzał się jej uważnie.
–Tu jest zimno jak w psiarni. – Powiedział tytułem wyjaśnienia. Nagle wyciągnął dłoń i kciukiem przejechał po jej delikatnych, spękanych wargach. – Masz sine usta. – Wyszeptał, wpatrując się w nie intensywnie. Przez chwilę myślała że ją pocałuje, zaskoczyła samą siebie stwierdzeniem, że pragnęła tego równie mocno co on. Na szczęście on w porę się opanował, odsunął się gwałtownie i mocno wyprostował, jednocześnie odwracając się do niej plecami, znowu szukając czegoś w dużym pudle. Po chwili odwrócił się z kolejnym białym, tym razem plastikowym pudełkiem, rodem z jakieś chińskiej knajpy. Postawił je na stole i lekko uchylił wieczko- po mikroskopijnym pomieszczeniu natychmiast rozszedł się zapach duszonego mięsa, przypraw i sosu. Żołądek Angeline po raz kolejny dał o sobie znać, na szczęście wszelkie dźwięki zostały zagłuszone przez otulające ją nakrycie.
– Dzisiaj w menu mamy cielęcinę w pięciu smakach. – Powiedział Creig odrobinę zbyt głośno i zbyt entuzjastycznie, podsuwając stolik pod sam nos dziewczyny i wyciągając plastikowe sztućce. Angeline nie poruszyła się ani o milimetr. – Smacznego. – Zachęcił ją, ale pozostała niewzruszona. Jej ciało kazało natychmiast rzucić się na parujący posiłek, ale rozum kategorycznie tego zabraniał. Nie zje niczego od tych łotrów! Zauważyła że uśmiech stojącego nad nią mężczyzny zgasł, na jego twarzy pojawiła się teraz zimna rezerwa. Na kilka długich minut zapadła zupełna cisza.
– Jedz. – Powiedział krótko, groźnie wypowiedziane polecenie odbijało się w jej uszach głośnym echem, ale ona sama pozostała niewzruszona. Położył jej dłoń na ramieniu i ścisnął lekko, w tym uścisku zawierając nieme ostrzeżenie.
– Powiedziałem: jedz. Więcej nie powtórzę tego polecenia. – Nawet nie podniósł głosu, ale ton był tak zimny i nieznoszący sprzeciwu, że prawie się ugięła. Prawie. Ostatkiem woli podniosła na niego wzrok i lekko pokręciła głową. Zmarszczył nos, jego usta zacisnęły się w cienką kreskę, a uścisk dłoni na ramieniu dziewczyny gwałtownie zwiększył swą siłę.
Mimowolnie syknęła z bólu, ale nie ugięła się, przez chwilę myślała że jego palce połamią jej kruche kości, w kącikach oczu znów pojawiły się łzy.
– Nie chcę twojego jedzenia, ani twojego koca! – Powiedziała przez zaciśnięte z bólu zęby. –Wolę umrzeć z głodu! – Niemalże splunęła, o on puścił ją gwałtownie i jednym ruchem zmiótł całe jedzenie, zrobił to z taką siłą, że nawet stolik się przewrócił, sos rozlał się po podłodze, posklejany ryż tworzył na niej drobny, nieregularny wzorek...
– Jak chcesz! – Wykrzyczał jej prosto w twarz. Patrzyła na niego przerażona- przez sekundę, przez ułamek sekundy pozwoliła sobie myśleć że on...że jest inny niż ten który ją uderzył. Myliła się. Jest taki sam. Nie wolno jej o tym zapominać.
***
W odpowiedzi na jej głupi upór, stracił nad sobą kontrolę, oddychał teraz ciężko, spoglądając na brudną podłogę. Podniósł wzrok na Angeline i zmarszczył czoło na widok czerwonych śladów, jakie jego palce pozostawiły na jej ramieniu. Nie chciał tego. Nie chciał jej skrzywdzić...po raz drugi. W chwili w której spojrzał jej w oczy wiedział że mu nie uwierzy: patrzyła na niego tak samo jak wcześniej na Robby'ego: z mieszanką pogardy i strachu. Nie wiedział co ma jej powiedzieć, nie mógł znaleźć odpowiednich słów.
– Idź spać. Rano przyjdę cię przesłuchać. – Powiedział chłodniej niż zamierzał i wyszedł, nie mogąc dłużej znieść napięcia panującego w celi. Co się z nim działo? Dlaczego nagle zapragnął uczynić wszystko, by nie przysporzyć dziewczynie cierpień? I dlaczego wychodziło mu to zupełnie odwrotnie? Angeline...wzbudzała w nim silną chęć opieki nad nią, chronienia jej, pociągała go nie tylko fizycznie-nie sądził że coś takiego jest możliwe.
Dokładnie zamknął drzwi celi i zabrał jedyny klucz- diabli wiedzą, co mogłoby przyjść Robby'emu do głowy, po czym udał się na parter, do swojego gabinetu. Zorientował się, że jest w biurze zupełnie sam, chłopaki najwyraźniej rozeszli się już do domów...albo burdeli w przypadku Robby'ego, dokładnie zamknął więc całe biuro i wyszedł prosto w mocny, gęsty deszcz-nawet tego nie zauważył, tylko od razu wsiadł do samochodu i włączył się do ruchu, jednak myślami wciąż był przy Angeline, toteż zupełnie nie zwracał uwagi na przepisy- w pewnej chwili dostrzegł charakterystyczny, czerwony lizak. Zaklął siarczyście i zjechał na pobocze. Tylko tego mi teraz brakowało-Pomyślał i uchylił szybę na kilka centymetrów. Podstarzały policjant z wąsami zasalutował dumnie, następnie omiótł czarne porsche pożądliwym spojrzeniem.

_________________________
wiadomość od zakiry - ma awarie pingera prosiła bym wstawiła za nią opowiadanie
  • awatar SallyLou: Mniam!Pyszny kąsek :D Widzę, że nie tylko ja mam problem z pingerem. Buntuje się okropnie... Wspaniały kawałek przeszłości bohaterki, oszczędziłaś mi dalszego gdybania nad jej przeszłością ( przynajmniej na chwilkę). Nie wiem czemu, ale ta nerwowość Creiga zaskoczyła mnie. Myślałam, że Angeline nie uda się go wyprowadzić z równowagi, a tu taki wybuch... Jestem w szoku. Choć z drugiej strony skoro gość tak się zamyślił, że złamał parę przepisów, może nie jest z nim tak źle. Mam zamiar wciąż go uwielbiać ( i chyba dopiszę do zeszytu z imionami wymarzonych facetów z opowiadań :P ).
  • awatar Zakira Luna: Moja kochana Lisa zawsze wyratuje mnie z opresji- dzięki niej nie zlamałam danej Wam wczesniej obietnicy o rozdziałach! :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
  • awatar SallyLou: Mój rudzielec od razu wiedział, że to rybka. Gapił się jak na akwarium :D Powtórzę: mega talent. Rysunki wychodzą Ci coraz piękniejsze :)
  • awatar Lisa Angels: @Kowalski, opcje!: No raczej nie pies ;) No chyba że taki zmutowany :D
  • awatar Kowalski, opcje!: Jaki piękny. Na początku nie mogłam się skapczyć, ze to ryba.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
  • awatar SallyLou: Talent boski. Jestem zachwycona :D Wyszedł tak realistycznie, że gdybym taki rysunek zobaczyła zwiałabym z krzykiem.
  • awatar Lisa Angels: Narysowane na kartce cienkopisem, a efekt cienia zrobiłam ołówkiem
  • awatar Kowalski, opcje!: Jak to jest zrobione?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jazda, szkoła, jazda, druga szkoła, jazda, prawo jazdy, nauka i od nowa. Nie macie pojęcia jak ja kocham weekendy! Co z tego, że i tak muszę się uczyć, przynajmniej mam czas chwilę odsapnąć! Wybaczcie za brak rozdziałów... pfu... czegokolewiek, ale nie mam nawet serca, by coś napisać. Pomysłów mam kupę(ale nie do tego co trzeba), a nie mam czasu nawet tego zapisać... Życie jest takie niesprawiedliwe!

Za to moje wzorki lekcyjne przeżywają drugą młodość:

  • awatar Lisa Angels: Topiero mam nauki, a rysunki na lekcjach to praca powszechna :P
  • awatar Kowalski, opcje!: Będziesz zdawać na prawko, czy już zdałaś? Wiesz, że nie tylko ty rysujesz sobie na lekcjach?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›